rageman.pl
Muzyka

Keith Richards – Życie

rok: 2010

autor: Keith Richards

Żyjemy w czasach, które ułatwiają wyrażanie swojej osoby (a dosadniej rzecz ujmując, sprzyjają ekshibicjonizmowi) na niespotykaną dotąd skalę. W mediach społecznościowych jest już praktycznie każda osoba mająca dostęp do internetu, każdy może nagrać album muzyczny, każdy może zostać podcasterem. Nie jest też problemem wydanie własnej autobiografii – a przypuszczam, że wraz z rozwojem AI coraz mniejszym problemem będzie napisanie jej. Oczywiście inna sprawa to znalezienie i dotarcie do potencjalnych odbiorców, choć mam wrażenie, że byle piłkarz któremu udało się kilka razy kopnąć prosto piłkę w Ekstraklasie ma już swoje grono fanów. Mało jest jednak takich autobiografii o których można by powiedzieć, że cały świat na nią czekał – a przynajmniej świat fanów muzyki. O jednej z takowych dzisiaj pomówimy.

Keith Richards. Założyciel, gitarzysta i połowa autorskiego teamu stojącego za piosenkami The Rolling Stones. Wciąż żywa Legenda Muzyki, człowiek który dał światu Rock, a na pewno był tym, który dał mu Riff gitarowy. Przede wszystkim – człowiek, który tym Rockiem zwyczajnie jest. I nie mam na myśli bliskoznaczności słów rock i stone, darujmy sobie suchary. Był nie tylko jednym z tych, którzy kładli fundament pod rewolucję obyczajową w latach 60-tych – jako jeden z nielicznych nigdy tej rewolucji nie zdradził, żyjąc tak jak chciał, bez jakichkolwiek ustępstw. A żyć tych przeżył co najmniej kilka.

Niesamowite, że facet, dzięki któremu kilku dilerów uczynił bogaczami, zapamiętał tyle ze swojego przepastnego życia i to w tak drobnych szczegółach. Oczywiście nie jest tak, że sam usiadł i to wszystko spisał. Ale jeśli wierzyć współautorowi książki, cała treść to efekt wielogodzinnych zwierzeń Richardsa, on musiał to tylko przenieść na papier. A mówimy o zakresie czasowym obejmującym najwcześniejsze lata życia muzyka – jest tu nie tylko o relacji z dziadkiem Gusem, która praktycznie ukierunkowała całe jego późniejsze życie (to ten człowiek, któremu zresztą kilka lat po wydaniu „Życia” poświęcił osobną książkę, zaszczepił w nim miłość do muzyki i zaznajomił go z gitarą), ale też nakreślony cały background rodzinny, uwzględniający m.in. cały sztab ciotek i rozwód rodziców. Da się wyczuć z tych pierwszych rozdziałów mnóstwo miłości, paradoksalnie rodzina to jest ostatnia rzecz przeciw której bohater mógłby się buntować.

I choć te wspomnienia dzieciństwa i czasów nastoletnich są niezbędne do dopełnienia całości obrazu, to nie ma co ukrywać, że najciekawsze zaczyna się w momencie, w którym pojawia się nazwisko, bez którego prawdopodobnie nie byłoby niczego, włącznie z tą książką. Mick Jagger. I tu, rzekłbym, narracja rozdwaja się, ukazując dwa wymiary tej samej osobowości. Każdy z nich spokojnie zasługujący na osobny twór literacki.

Mamy tu przede wszystkim opowieść o Człowieku, który swoim stylem życia zdefiniował zjawisko Gwiazdy Rocka. A w kluczowych latach drugiej połowy lat 60-tych oznaczało to przede wszystkim przeogromne ilości narkotyków, w tym tych najcięższych. I choć w skali całego, w tym momencie już ponad 80-letniego życia, przygodę z heroiną można potratować jako epizod, to właśnie ona najbardziej dała mu w kość – i to nie tylko zdrowotnie. Dość powiedzieć, że sama książka, choć co do zasady trzyma się chronologii wydarzeń, nie rozpoczyna się wspomnieniami z dzieciństwa, a opowieścią o jednym z licznych w tym czasie epizodów, nazwijmy to, narkotyczno-prawnych. Co tu dużo mówić – wymiar sprawiedliwości nie znosił The Rolling Stones (a zwłaszcza dwójkę liderów), zresztą z wzajemnością. Naloty, przeszukania, sprawy sądowe to była codzienność Richardsa, można by rzec tak oczywiste w jego grafiku jak koncerty i sesje nagraniowe. Jego opinia z perspektywy czasu o narkotykach wydaje się tu być dość zrównoważona – nie ma tu na szczęście ani przez moment trybu nawróconego moralizatora, ale też nikt raczej po lekturze nie poczuje się zachęcony by znaleźć strzykawkę i dilera. W skrócie – brał, było fajnie, ale koszt tej zabawy okazał się być zdecydowanie za duży.

Jeśli drugs, to i sex? Niekoniecznie. Bo choć miał Richards powodzenie od lat najmłodszych, to przyznaje z rozbrajającą szczerością, że nie umie podrywać kobiet. A jego relacje z groupies były czysto koleżeńskie – ot, poleżeli w łóżku i porozmawiali. I nie wiem czemu, ale wierzę mu. Dlatego wątek „Richards i kobiety” to nie żadne pikantne historie rodem z porno, a zamiast tego historia dwóch wielkich miłości. I z całą sympatią i szacunkiem dla Patti Hansen, z którą układa życie od lat 80-tych (i z którą doczekał się dwóch córek), to szczegóły relacji z Anitą Pallenberg są tym, co najbardziej fascynuje w „Życiu”. Interesującym było zapoznanie się z drugą kluczową perspektywą na wydarzenia przedstawione w dokumentalnym „W ogniu” (recka tutaj). Dość wylewny i brutalnie szczery tylko raz dochodzi w całej biografii do punktu, gdzie mówi stop – przy wątku tragicznej śmierci ich trzeciego dziecka.

Skoro mowa o najtrudniejszych relacjach – choć Richards nie boi się sięgać do najbardziej skrytych zakamarków swej pamięci, to największe kontrowersje wywołały te fragmenty, w których mówi o Jaggerze. Choć już w momencie wydania książki tajemnicą poliszynela było to, że relacje dwóch liderów Stonesów są dalekie od ideału, to dopiero książka Richardsa pokazała jak jest źle. Oczywiście jest to tylko jedna perspektywa, ale też trudno nie odnieść wrażenia, że Jagger zupełnie nie miałby problemu z laurką, którą mu Richards wystawił. Ba, potraktowałby ją właśnie jak najprawdziwszą laurkę. Bo czy jest karierowiczem łasym na odznaczenia, który z jednej strony traktuje zespół jak swoją własność, a z drugiej nie miał problemu by go porzucić dla mętnej perspektywy solowej kariery? Pewnie by inaczej to nazwał, ale z grubsza tak. Przy tym wszystkim, przy całym żalu wyczuwalnym ze słów Richardsa, wciąż z tych samych słów bije miłość i troska do faceta, z którym przeżył najwięcej – już nie jak do przyjaciela, tylko jak do brata, z którym jest się na dobre i na złe. Warto przy tym odnotować, że z wszystkich Stonesów nazwisko Jaggera pojawia się w książce nieporównywalnie najwięcej razy – mniej jest, choć wciąż ze sporą dozą sympatii, o Wattsie (w momencie wydania autobiografii wciąż żyjącym), trochę też o Woodsie. Ale już taki Brian Jones pojawia się tyle o ile musi (bo był jednym z założycieli zespołu, no i to jemu Richards odbił Anitę Pallenberg), Mick Taylor zostaje praktycznie jedynie odnotowany, a Bill Wyman, który spędził w zespole blisko 30 lat, pojawia się tu prawie że przypadkowo.

Czas w końcu o muzyce. Bo choć tego oczywiście nie widać, to ma się wrażenie, że Richardsowi świecą się oczy przede wszystkim w momentach, kiedy opowiada o swej Największej Miłości. O gitarze, akustycznej i elektrycznej. O inspiracjach. O poszukiwaniach – bo choć ukochał bluesa, to ma się wrażenie, że z wszystkich Stonesów to on ma najszersze horyzonty muzyczne. To on też jest tym „najczarniejszym” ze Stonesów – dość powiedzieć, że sporo lat spędził mieszkając na Jamajce, ale nieobce mu był też chociażby funk. Wyłącznie z podziwem mówi o innych muzykach – zarówno tych, na których muzyce się wychował, by potem dostąpić zaszczytu grania razem na jednej scenie, jak i tych, z którymi grał w projektach pobocznych. Muzyka dała mu Życie – i trudno nie odnieść wrażenia, że jego ambicją jako muzyka było ten dług spłacić.

Wzorcowy przykład autobiografii człowieka, któremu takie dzieło należało się jak przysłowiowa buda psu. Perspektywa Serca The Rolling Stones poznana, teraz wypadałoby poznać wersję wydarzeń widzianą oczami Mózgu całej tej Stonesowej operacji.

najlepszy moment: przy całym tym absolutnym braku spiny i dystansie do siebie trzeba uczciwie przyznać, że zdarzają mu się ciekawe odpały – video anegdota o zapiekance na koncercie

ocena: 9,25/10