W ogniu. Historia Anity Pallenberg
rok: 2023
reżyseria: Alexis Bloom, Svetlana Zill
W kontekście The Rolling Stones nie ma chyba aż tak zażartych dyskusji jak w przypadku The Beatles odnośnie nieoficjalnych członków zespołu. Kto był Piątym Beatlesem? Głosy rozkładają się chyba równomiernie pomiędzy George Martinem a Brianem Epsteinem. Ze Stonesami sprawa jest o tyle skomplikowana, że nie tylko kilku muzyków więcej się przez ich skład przewinęło, ale też liczba członków zespołu zmieniała się na przestrzeni lat (dziś po śmierci Charlesa Wattsa to właściwie trio), tak więc nie wiadomo czy mówić o Szóstym Stonesie czy którym. Na pewno jednak w otoczeniu Jaggera i spółki pojawiło się kilka osób, bez których ich historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Jedną z nich jest bohaterka omawianego tu dziś dokumentu.
Anita Pallenberg pojawiła się w kręgu zespołu na dość wczesnym etapie ich kariery, bo już w ’65-tym roku. Wtedy też została partnerką Briana Jonesa, a że ten był jeszcze wtedy główną kreatywną siłą zespołu, to tym samym Anita była określana mianem muzy zespołu. Z czasem Jones zaczął odpływać, co pchnęło Anitę w ramiona bardziej stabilnego emocjonalnie Keitha Richardsa, z którym spędziła 13 lat, dochowując się trójki dzieci.
Powiedzieć że oba związki (a trzeba jeszcze dodać, że w trakcie kręcenia filmu „Performance” zaliczyła przelotny romans z Jaggerem) były burzliwe to jak nic nie powiedzieć. To historie przepełnione tragediami, szaleństwami oraz ogromną ilością narkotyków. I to wszystko udało się w filmie zawrzeć. Wprawdzie jest tu kilka „gadających” głów (w tym samego Richardsa), przede wszystkim przemawiają jednak archiwalne materiały, w tym te nigdy wcześniej nie widziane. Momentami aż ciężko uwierzyć że tak wiele, czasem intymnych scen, udało się uwiecznić na taśmie i że nie ma w tym żadnej kreacji, żadnej ingerencji AI. Na pewno jednak pomogło to, że sama Pallenberg była modelką i aktorką, więc kamery siłą rzeczy były normą w jej otoczeniu.
Jakby dobra wizualnego było mało, całość jest opowiedziana słowami samej Anity (i głosem niejakiej Scarlett Johansson), której odkryte po latach pamiętniki stanowią podstawę prowadzonej z offu narracji. I przede wszystkim dzięki temu aspektowi można poznać prawdziwą Anitę Pallenberg – kobiety fascynującej równie wizualnie jak i osobowościowo. Kobiety z jednej strony w pełni korzystającej z rock and rollowego życia, a przy tym w tym wszystkim rozważnej i świadomej. Rozbrajające są te opowieści o szalonych imprezach, których była wraz z Richardem współgospodarzem, a podczas których przede wszystkim doglądała dzieci i pilnowała by towarzystwo za bardzo nie odleciało. Sama była ucieleśnieniem rock and rolla, jednocześnie desperacko poszukującej w tym świecie normalności i stabilizacji. Nie boi się słów autokrytyki, nawet jeśli wiele rzeczy, w tym tych najbardziej tragicznych, działo się poza jej kontrolą.
Film, choć nakręcony już po śmierci Anity w 2017 roku, kończy się swoistym happy endem – bo po tych burzliwych dekadach życia odnalazła pewien spokój, a nawet wróciła do regularnej pracy w filmach i doczekała się należnego jej uznania jako ikona stylu (wśród wielbicieli młodszego pokolenia wypowiada się m.in. Kate Moss).
Świetna rzecz – dla fanów muzyki, popkultury, ale przede wszystkim dla fanów ciekawych historii, którymi by można obdzielić życiorysy kilku osób.
najlepszy moment: trudno mówić o „najlepszych momentach” przy historiach w gruncie rzeczy tak tragicznych – np. wątek śmierci dopiero co urodzonego synka kruszy serce
ocena: 8,5/10