rageman.pl
Muzyka

KMFDM

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: KMFDM, Panic DHH

 

Dziś postanowiłem nie spać. Będę wciąż kontemplować to, co dane mi było przeżyć w ten piątkowy wieczór. Jeden z najlepszych koncertów nie w Uchu, nie w tym roku, a w ogóle. POTEGA.

Więc może od początku. Tradycyjnie godzina 20:00, tradycyjnie Ucho, wciąż Najlepszy Klub w Trójmieście. Z ciężkim bólem serca to mówię, bo kocham Gdańsk, ale niestety to nie w moim mieście jest taki klub. Ale już wielokrotnie wychwalałem Ucho, więc konkrety proszę.

Wchodzimy do środeczka. Pierwsze co rzuca się w oczy to scena. Gigantyczna płachta z motywem z ostatniej płyty KMFDM „Hau Ruck”. Ale takie elementy scenografii to raczej powszechna rzecz, a i w Uchu można na coś takiego natrafić. Jednak w Uchu takiego sprzętu, jaki przywieźli ze sobą panowie z KMFDM, jeszcze nie było. Rzecz dotyczy głównie perkusji. Gigantyczna, otoczona przezroczystymi ściankami. Już widać, że nie będzie pierdowego brzmienia. Gęba się ucieszyła widząc taki sprzęcior.

Jednak już kwestia frekwencji zdecydowanie pogarszała humor. Na oko to góra dwieście osób. Frekwencja dajmy na to jak na Legendary Pink Dots, mniej niż na Metal Union Road Tour. Ja rozumiem, pięćdziesiąt złotych piechotą nie chodzi, ale HELOU. Rozumiem — ktoś nie ma kasy, nie idzie. Proste. Ale żeby narzekać na za drogi bilet? W przypadku zespołu, który jeszcze nie tak dawno ciągnął stawki takie jak największe gwiazdy rocka? To cud, że grają za pięć dych, nie mówiąc już o tym, że po nogach powinni być całowani za to, że nawiedzili zapomniane przez Boga i promotorów koncertowych Trójmiasto.

Kończąc tę durną dygresję — po prostu żal tej frekwencji. To nie kontrastowało ze statusem komercyjnym zespołu, choć na pewno na obecnej trasie widzieli bardziej zaludnione sale. Przede wszystkim taka frekwencja godzi w zespół jako prekursorów pewnego rodzaju grania.

Nawet nie trzeba było usłyszeć owego grania, by wiedzieć o czym mowa. Rzut oka na zgromadzoną publikę. Ciemne stroje, stylistyka pokroju „gotyk z kosmosu”, ciężkie glany, kolorowe u co poniektórych włosy. A wśród tej wesołej gromadki Bartek vel Zero Signal ;-), DJ Rez, Johnny czy pan z No Signal Detected. Wspólny mianownik tych wszystkich elementów? Industrial. A może tak ładniej i dokładniej — umiłowanie łączenia elektroniki z rockiem.

Ale pod taką hybrydą mogą kryć się najprzeróżniejsze zespoły. Można grać jak KMFDM, można jak Static-X, a można jeszcze zupełnie inaczej — jak jedyny tego dnia support, bo trójmiejska kapela Prawatt z nieznanych mi powodów nie wystąpiła. Panic DHH rozpoczęli z konkretną obsuwą, bo dopiero o 21:20. Wiadome mi wcześniej było tylko, że zadawali się z Alekiem Empire z Atari Teenage Riot. I to zdecydowanie było słychać. Digital hardcore w najpełniejszym tego sformułowania znaczeniu.

Bo był ciężar, były punkowe wokale, były ściany dźwięku stanowiące rozkosz dla uszu, ale też coś ponadto. A stoisko z merchandise’em tego zespołu, przepełnione różnymi broszurami i ulotkami, tylko dopełniało obrazu zespołu ewidentnie zaangażowanego. Czyli hardcore nie dotyczy tylko kwestii muzycznych.

A przy tym to jeszcze nie koniec niespodzianek, którymi raczył nas ten zespół. Bo oto po pierwszych paru piosenkach, mniej lub bardziej siekowatych, nastąpiła zabawa formą. Delikatna, acz intrygująca i ciut niepokojąca gitarka, często wybrzmiewająca w samotności i nawet coś na kształt śpiewu. I chociaż nie wypytywałem zespołu o pobudki takich poczynań, to wierzę, że nie chodziło o zwiększenie współczynnika przyswajalności w celu dotarcia do szerszej publiczności. Te spokojniejsze fragmenty pozwoliły „docenić” momenty agresywniejsze. I niekoniecznie w warstwie muzycznej, a słownej.

Co więcej? Czterech muzyków — perkusista, gitarzystka, pan od elektroniki i pan lider obsługujący również gitarę. Bez wyróżniania, choć wspomnieć muszę, że trochę mi pan lider przypominał Maynarda wielkiego z Toola. Wrażenie spotęgowane zostało, gdy ów jegomość postanowił poczynić więcej ruchów scenicznych.

Ściany dźwięku mają to do siebie, że nie wymagają specjalnej selektywności w brzmieniu. Gdy jednak zespół zaczyna zwracać większą uwagę na poszczególne dźwięki instrumentów w tych spokojniejszych partiach, to przydałoby się dobre nagłośnienie. Niestety — wokale gdzieś sobie z tyłu, gitary sobie, a perkusja też niewiele miała do powiedzenia. Żal trochę. Choć wychodzę z założenia, że jeśli muzyka dobra, to jej oprawa ma mniejsze znaczenie. Dlatego summa summarum cieszę się, że dane mi było usłyszeć Brytyjczyków z Panic DHH i ślę oficjalne fucki tym wszystkim, którzy położyli lachę na ten zespół, puszczając go ze sceny bez jakichkolwiek oklasków.

Po pięćdziesięciominutowym secie Paniców nastąpiła przerwa techniczna, której przeczekanie umilało płynące z głośników „Fragile” Nine Inch Nails. W końcu jednak pojawiają się…

Na perkusji pan Andy. Po obu krańcach sceny panowie gitarzyści Steve i Jules. Jednak z całym szacunkiem dla ich niemałego wkładu w wizerunek muzyczno-sceniczny KMFDM, liczą się głównie dwie jednostki. Po lewej stronie nowszy nabytek zespołu — cud urody dziewczyna Lucia — i założyciel oraz mózg zespołu Sascha. Oboje obsługujący szmery-bajery elektroniczne, jak również wokale, choć wiadomo, że w tej drugiej dziedzinie prym wiedzie Sascha. Choć ciężko zaprzeczyć, że Lucia, potrafiąca zarówno buńczucznie krzyknąć jak i melodyjnie zaśpiewać, stanowi perfekcyjne uzupełnienie nieodzownych, choć na dobrą sprawę jednowymiarowych partii wokalnych Saschy.

Chyba nie trzeba pisać co to w ogóle jest ten KMFDM, co nie? Jeśli jednak wśród czytelników tego bloga są fani gangsta rapu tudzież manieczek i nie orientują się w muzyce gitarowej, to służę pomocą: założona ponad dwadzieścia lat temu formacja, która spokojnie może poczuwać się do ojcostwa gatunku i zespołów takich jak Rammstein, Aggressiva 69 czy może nawet Nine Inch Nails. Choć jeśli już na upartego porównywać, to przede wszystkim — Rammstein.

Duża doza elektroniki, która przenika wzdłuż i wszerz kompozycje, zarówno w kwestii klimatu, jak i samej rytmiki. „Szarpane”, świdrujące łeb gitary — choć panowie doskonale wiedzą co to riff, a i na solówkę znalazło się miejsce — są drugim ważnym elementem. Choć ostatnimi czasy można zauważyć małą zmianę proporcji w muzyce i obecnie KMFDM można nazwać zespołem rockowym z pewnością jak nigdy wcześniej. Choć to tak na dobrą sprawę jedyna istotna zmiana w muzyce zespołu. Nie ma stylistycznych rewolt, nie ma spoglądania na listy sprzedaży. Żadnych „Mutterów” czy innych ckliwych melodii.

Może właśnie dlatego to Niemcy z Rammsteina, a nie KMFDM podbijają świat? Choć i KMFDM zna doskonale posmak mainstreamu. Głowę dam, że chociaż połowa ludzi obecnych na koncercie poznała KMFDM z wiekopomnego soundtracku do Mortal Kombat. Ale „Juke Joint Jezebel” nie było. A mimo wcześniej wspomnianego faktu nie słyszałem jakiegoś specjalnego domagania się tego kawałka. I mnie też go nie brakowało.

Bo spójrzmy na setlistę. Na otwarcie nowość — tytułowy numer z najnowszego CD „Hau Ruck”. A zaraz potem „Son of a Gun”. Już rozpętuje się małe piekiełko pod sceną, już coraz więcej ludzi zaraża się potrzebą przytupania nóżką i pokiwania biodrami. Zespół wyciska z tak nielicznie zgromadzonej publiki co tylko się da. I nawet jeśli kontakt z publiką na poziomie werbalnym zerowy, to i tak interakcja na poziomie psychy działała magią. Może to tylko marne pocieszenie, ale myślę, że zespół mógł być zadowolony z tak jakościowo genialnej publiki. I był.

„Adios”, „A Drug Against War”, „Waste”… koncert życzeń to banalne wyrażenie, ale myślę, że nie było powodów do narzekań na setlistę. A gdy przyjebali — bo jak to inaczej nazwać — na oba bisy między innymi „D.I.Y.” czy „WWIII”, to już sprawa była przesądzona.

Podczas gdy Rammstein eksperymentuje tak zuchwale, że nie wiadomo czy kiedyś wróci z tych muzycznych wojaży, a Trent Reznor płytą „With Teeth” udowadnia, że wychodzenie z depresji mu nie służy, taki konserwatywny stylistycznie KMFDM musi wzbudzać szacunek. Nie tylko szacunek. Bo to po prostu zajebiste piosenki, zajebiście wykonane, zajebiście brzmiące. Zapomnijcie o Rammsteinie grającym na stadionach. W sobotni wieczór marsz na krakowski koncert KMFDM!

 

najlepszy moment: KMFDM – D.I.Y.

ocena: 8/10