KMFDM
kto: KMFDM, Panic DHH
dzis postanwoilem nie spac, bede wciaz kontemplowac to co dane mi bylo przezyc w ten piatkowy wieczor. jeden z najlepszych koncertow nie w Uchu, nie w tym roku, a w ogole. POTEGA.
wiec moze od poczatku. tradycyjnie godzina 20.00, tradycyjnie Ucho, wciaz Najlepszy Klub w 3miescie. z ciezkim bolem serca to mowia, bo kocham gdansk, ale niestety to nie w moim miescie jest taki klub. ale juz wielokrotnie wychwalalem Ucho, wiec konkrety prosze. wchodzimy do srodeczka. pierwsze co rzuca sie w oczy to scena. gigantyczna plachta z motywem z ostatniej plyty kmfdm „hau ruck”. ale takie elementy scenografii to raczej powszechna rzecz, a i w Uchu mozna na cos takiego natrafic. jednak w Uchu takiego sprzetu, jaki przywiezli ze soba panowie z KMFDM to nie bylo. rzecz dotyczy glownie perkusji. gigantyczna, otoczona przezroczystymi sciankami. juz widac ze nie bedzie piardowego brzmienia. geba sie ucieszyla widzac taki sprzecior. jednak juz kwestia frekwencji zdecydowanie pogarszala humor. na oko to gora 200 osob. frekwencja dajmy na to jak na Legendary Pink Dots, mniej niz na Metal Union Road Tour. ja rozumiem, 50 zlotych piechota nie chodzi, ale HELOU. rozumiem, nie ma ktos kasy, nie idzie. proste. ale zeby narzekac na za drogi bilet? w przypadku zepsolu, ktory jeszcze nie tak dawno ciagnal stawki takie jak najwieksze gwiazdy rocka? to cud, ze graja za 50 zlotych (w przedsprzedazy 42), nie mowiac juz o tym, ze po nogach powinni byc calowani ze nawiedzili zapomniane przez Boga i promotorow koncerotwych 3miasto. ciekawe czy jak za jakis czas przyjedzie do Ucha np Ministry czy Nine Inch Nails to tez bedzie narzekanie ze rzadaja sobie pol banki.
konczac ta dupna dygresje po prostu muze wyrazic zal z powodu tak marnej frekwencji. to nie kontrastowalo ze statusem komeryjnym zespolu, choc na pewno na obecnej trasie widzieli bardziej zaludnione sale. przede wszystkim taka frekwencja godzi w zespol jako prekursorow pewnego rodzaju grania.
nawet nie trzeba bylo uslyszec owego grania, by wiedziec o czym mowa. rzut okiem na zgromadzona publike. ciemne stroje, stylistyka pokroju „gotyk z kosmosu”, ciezkie glany, kolorowe u coponiektorych wlosy. a wsrod tej wesolej gromadki bartek vel zero signal ;-), dj rez, johnny czy pan z no signal detected. wspolny mianownik tych wszystkich elementow? industrial. a moze tak ladniej i dokladniej – umilowanie laczenia elektroniki z rockiem. ale pod taka hybryda moga kryc sie najprzerozniejsze zespoly. mozna grac jak kmfdm, mozna jak static-x, a mozna jeszcze zupelnie inaczej – jak jedyny tego dnia support (miala zagrac jeszcze 3miejska kapela Prawatt, ale z nieznanych mi powodow nie wystapili) Panic DHH. rozpoczeli z konkretna obsuwa, bo dopiero o 21.20. wiadome mi wczesniej bylo tylko, ze zadawali sie z Aleciem Empire z Atari Teenage Riot. i to zdecydowanie bylo slychac. digital hardcore w najpelniejszym tego sformulowaniu znaceniu. bo byl ciezar, byly punkowe wokale, byly sciany dzwieku stanowiace rozkosz dla uszu, ale tez cos ponadto. a stoisko z merchandise’m tego zespolu, przepelnione roznymi broszurami i ulotkami, tylko dopelnily obrazu. obrazu zespolu ewidentnia zaangazowanego. czyli hardcore nie dotyczy tylko kwestii muzycznych. a przy tym to jeszcze nie koniec niespodzianek, ktorymi raczyl nas ten zespol. bo oto po pierwszych paru piosenkach, mniej lub bardziej siekowatych, nastapila zabawa forma. delikatna, acz intrygujaca i ciut niepokajaca gitarka, czesto wybrzmiewajaca w samotnosci i nawet cos na ksztalt spiewu. i chociaz nie wypytywalem zepsolu o pobudki takich poczynan, to wierze, ze nie chodzilo o zwiekszenie wspolczynnika przyswajalnosci w celu dotarcia do szerszej publicznosci. te spokojniejsze fragmenty pozwolily „docenic” momenty agresywniejsze. i niekoniecznie w warstwie muzycznej, a slownej. i mniemam, ze chyba wlasnie temu mialy sluzyc te liryczne fragmenty.
co wiecej? 4 muzykow – perkusista, gitarzystka, pan od elektroniki i pan lider obslugujacy rowniez gitare. bez wyrozniania, choc wspomniec musze, ze troche mi pan lider przypominal maynarda wielkiego z Toola. wrazenie spotegowane zostalo, gdy ow jegomosc postanowil poczynic wiecej ruchow scenicznych.
sciany dzwieku maja to do siebie, ze nie wymagaja specjalnej selektywnosci w brzmieniu. gdy jednak zespol zaczyna zwracac wieksza uwage na poszczegolne dzwieki instrumentow w tych spokojniejszych partiach, to przydaloby sie dobre naglosnienie. niestety. wokale gdzies sobie z tyly, gitary sobie, a perkusja tez nie za wiele miala do powiedzenia. zal troche. choc wychodze z zalozenia, ze jesli muzyka dobra, to jej oprawa ma mniejsze znaczenie. dlatego summa sumarum ciesze sie ze dane mi bylo uslyszec brytyjczykow z Panic DHH i sle oficjalne fucki tym wszystkim ktorzy polozyli lache na ten zespol, puszczajac go ze sceny bez jakichkolwiek (!!!) oklaskow.
po 50miunutowym secie Panicow nastapila przerwa techniczna, ktorej to przeczekanie umilala plynacy z glosnikow „fragile” nine inch nails. w koncu jednak pojawiaja sie…
na perkusji pan Andy. po obu krancach sceny panowie gitarzysci steve i jules. jednak, z calym szacunkiem dla ich niemalego wkladu w wizerunek muzyczno-sceniczny kmfdm, licza sie glownie dwie jednostki. po lewej stornie, nowszy nabytek zespolu – cud urody dziewczyna Lucia i zalozyciel i mozg zespolu Sascha. oboje obslugujacy szmery bajery elektroniczne, jak rowniez i wokale, choc wiadomo, ze w tej drugiej dziedzinie prym wiedzie Sascha. choc ciezko zaprzeczyc, ze Lucia, potrafiaca zarowno bunczucznie krzyknac jak i melodyjnie zaspiewac stanowi perfekcyjne uzupelnienie nieodzownych, choc na dobra sprawe jednowymiarowych, parti wokalnych Saschy.
chyba nie trzeba pisac co to w ogole jest ten kmfdm co nie? jesli jednak wsrod czytelnikow teog bloga sa fani gangsta rapu tudziez manieczek i nie orientuja sie w muzyce gitarowej,to sluze pomoca: zalozona ponad 20 lat temu formacja 20 lat temu formacja, ktora spokojnie moze poczuwac sie do ojcostwa gatunku i zespolow takich jak rammstein, agressiva 69 czy moze nawet nine inch nails. choc jesli juz na upartego porownywac, to przede wszystkim – rammstein. duza doza elektroniki, ktora przenika wzdluz i wszerz kompozycje, zarowno w kwestii klimatu, jak i samej np rytmiki. „szarpane”, swidrujace leb gitary (choc panowie doskonale wiedza coz to riff,a i na solowke znalazlo sie miejsce) sa drugim waznym elementem. choc ostatnimi czasy mozna zauwazyc mala zmiane proporcji w muzyce i obecnie kmfdm mozna nazwac zespolem rockowym z pewnoscia jak nigdy wczesniej. choc to tak na dobra sprawe jedyna istotna zmiana w muzyce zespolu. nie ma stylistycznych rewolt, nie ma spogladania na listy sprzedazy. zadnych „mutterow” czy innych ckliwych melodii. moze wlasnie dlatego to niemcy z rammsteina, a nie kmfdm podbijaja swiat? choc i kmfdm zna doskonale posmak mainstreamu. glowe dam, ze chociaz polowa z luda obecnego na koncercie poznala kmfdm z wiekopomnego soundtracku do Mortal Kombat. ale Juke Join Jezebel nie bylo. a mimo wczesniej wspomnianego faktu, nie slyszalem jakiegos specjalnego domagania sie tego kawalka. i mi tez go nie brakowalo. bo spojrzmy na setliste… na otwarcie nowosc – tytulowy song z najnowszego cd „hau ruck”. a zaraz potem „son of a gun”. juz rozpetuje sie male piekielko pod scena, juz coraz wiecej luda zaraza sie potrzeba przytupania nozka i pokiwania biodrami. zespol wyciska z tak nielicznie zgromadzonej publiki co tylko sie da. i nawet jesli kontakt z publika na poziomie werbalnym zerowy, to i tak interakcja na poziomie psychy dzialala magie. moze to tylko marne pocieszenie, ale mysle ze zespol mogl byc zadowolony z tak jakosciowa genialnej publiki. i byl.
„Adios”, „A drug against War”, „Waste”… koncert zyczen to banalne wyrazenie. ale mysle ze nie bylo powodow do narzekan na setliste. a gdy przyjebali (bo jak to inaczej nazwac? 😉 na oba bisy m.in. D.I.Y. czy WWIII to juz sprawa byla przesadzona. podczas gdy rammstein experymentuje tak zuchwale, ze nie wiadomo czy kiedys powroci z tych muzycznych wojazy, a trent reznor plya „with teeth” udowadnia, ze wychodzenie z depresji mu nie sluzy, taki konserwatywny stylistycznie KMFDM musi wzbudzac szacunek. nie tylko szacunek. bo to po prostu zajebiste piosenki, zajebiscie wykonane, zajebiscie (wspomnienie o wpadce dzwiekowca na Panicu minelo jak reka odjal) brzmiace. zapomnijcie o rammsteinie grajacych na stadionach. w sobotni wieczor na krakowski koncert KMFDM marsz!!!
najlepszy moment: KMFDM – D.I.Y.
ocena: 8/10
