rageman.pl
Muzyka

Molly’s Gusher

gdzie: Kwadratowa, Gdańsk

kto: Molly’s Gusher

 

No popatrz. Jak to całkiem przypadkowo można odkryć zajebistą kapelę.

Gdy przybyłem do Kwadratowej o 20:00, ujrzałem pustki przed klubem. W środku obawy się potwierdziły. Klapa frekwencyjna, ludzi można policzyć na palcach jednej ręki.

O 20:30 wychodzi na scenę jedyny zespół tego wieczora. Molly’s Gusher.

Ale o co chodzi? Szwedzi. Młody zespół. Wokalista jest gdańszczaninem, ale wyprowadził się do Szwecji wiele lat temu. Teraz postanowił częściej wpadać w rodzinne strony. Najciekawszym wynikiem tych wizyt jest jak dotychczas koncert na Przystanku Woodstock dwa lata temu. Rozochoceni stwierdzili, że skoro tam zgromadzili taką publikę, to mogą już spokojnie koncertować po całej Polsce.

Pudło.

Bo na Woodstocku zespoły zza granicy są ciekawostką, która w normalnych warunkach wcale nie musi się sprawdzić. O czym przekonał się amerykański Without End, gdy grał w sierpniu tego roku w Uchu. Ale tam publikę przyciągnęły liczne supporty. Tutaj Molly’s Gusher grał sam. Promocja koncertu była duża, ale co z tego? Ludzie, którzy idą na koncert nie znając totalnie zespołu, to zboczeńcy mojego pokroju. Niestety.

A żal tej frekwencji. Bo to był naprawdę dobry koncert dobrego zespołu.

Czterech osobników. Image rodem z hc-bajki. Ale muzycznie — zupełnie inne rejony. Rock z solidną dawką melodii. Najbliżej temu do Foo Fighters. Porównania z notek promocyjnych do Placebo czy Muse grubo przesadzone, choć tego drugiego grali cover nawet, którego nazwy nie pomnę.

Solidne, ale za mało na miano zespołu oryginalnego.

Ale jest jeszcze wokal.

Na koncercie to jeszcze tak nie rzucało się w uszy, ale gdy przesłuchałem po koncercie wersje studyjne, to wymiekłem. OZZY OSBOURNE. No może nie jota w jotę, ale barwa głosu niemiłosiernie kojarząca się z Księciem Ciemności. Ozzy na czele Foo Fightersów — brzmi intrygująco, nieprawdaż?

Stan zaintrygowania skutecznie podtrzymywany przez piosenki, z których każda mogłaby się stać przebojem. A przy tym czwórka panów (oprócz gitaro-wokalisty jeszcze drugie wiosło, bass i perka) nie zapomina, że grają na instrumentarium rockowym, co zobowiązuje do przyłożenia od czasu do czasu.

Godzina grania plus bis, którego odegranie — nie będąc skromnym — to w głównej mierze moja zasługa ;D

A że publika wybrakowana, to nic nie stało na przeszkodzie, by po koncercie pogadać z zespołem i otrzymać nawet jedną pałeczkę od perki. Najs. Dzięki, ziomki.

 

najlepszy moment: QUEEN OF MY HEART

ocena: 7/10