Lęk
reżyseria: Christopher Smith
W kinie byłem. Na filmie o tytule takim jak topic. Jako że bilet za darmo, to nie było mowy o zmarnowaniu wejściówki. Nawet kosztem tego, że chyba po raz pierwszy do kina wybrałem się sam. I to jeszcze na horror. Lub przynajmniej na coś, co horrorem bardzo chciało być.
Fabuła prosta jak budowa cepa. Mamy sobie bohaterkę imieniem Kate, graną przez Niemkę Frankę Potente. Również sama Kate jest Niemką. Poznajemy ją, gdy bawi się na imprezie. Okazuje się, że koleżanka ją wyrolowała, więc postanawia udać się do domu. Idzie na metro. Patrzy — do przyjazdu jeszcze osiem minut. Postanawia łyknąć z buteleczki łyk wódki i przysnąć. Budzi się. W metrze pusto. Bramy zamknięte, nie ma szans na wydostanie się. Z czasem okazuje się, że jest tam jeszcze pewien, dosyć specyficzny mieszkaniec podziemi.
Tyle wprowadzenia. Reszta to już tradycyjny slasher movie. Pojawiają się drugoplanowe postaci, a frajda sprowadza się do tego, by zobaczyć jak wymyślnie będą ginąć. Bo wiadomo, że główna bohaterka nie zginie, choć liczyłem, że a nuż widelec będzie to na tyle oryginalny film, że może w tej kwestii mnie zaskoczy. Nic z tego. Jakiegoś głębszego sensu w tym nie ma. Przynajmniej ja nie dostrzegłem. No a jeśli chodzi o strach, to tradycyjnie sprowadza się do tego, że nagle, niespodziewanie coś wyskoczy w kadrze. I dlatego właśnie nie lubię tych wszystkich nowych horrorów.
Ale bez przesady, bo jest również sporo plusów tej produkcji. Na tyle dużo, że summa summarum film sprawdza się jako dobra rozrywka na piątkowy wieczór. Przede wszystkim sama Franka Potente jest ciekawa. Zwłaszcza z urody. Mmmm. Poza tym — lokalizacja. Bombowa sprawa, że tak powiem. Nielogiczne jest to, że metro tak rzadko wykorzystywane jest w tego typu produkcjach. Mnie nawet za dnia potrafi przytłoczyć, a co dopiero w nocy. No i sam pomysł. Może osobnik mordujący to dosyć bajkowa postać, ale sama sytuacja jak najbardziej realna. No powiedzcie, żebyście się nie posrali ze strachu będąc zamkniętym na całą noc w metrze.
Kolejny punkcik za muzykę, za którą odpowiada bliżej nieznana formacja The Insects. Fajne klaustrofobiczne dźwięki, co jakiś czas wsparte czymś bogatszym w tle. Lepsze od wszystkich amerykańskich bzdur pokroju „The Grudge” czy „Boogeymana”, ale jeśli ktoś szuka filmu, który wpłynie jakoś na jego życie, to zdecydowanie nie ten adres.
najlepszy moment: OPERACJA UDANA, PACJENT NIE ŻYJE
ocena: 6,5/10

