In Memoriam: Sam Rivers (02.09.1977-18.10.2025)
Bo wiecie, ja naprawdę rozumiem że ludzie nie są nieśmiertelni i to niestety dość normalne że tych odchodzących bohaterów mojej i Twojej młodości będzie coraz więcej. Ale dzisiejszy przypadek uderza inaczej, bo mowa o człowieku z prawie tego samego pokolenia. I reprezentancie nurtu muzycznego, który okazał się być kluczowy w mojej edukacji muzycznej. Gatunek, do którego miłość wielokrotnie wypierałem, aż w pewnym momencie uznałem że to uczucie to najwspanialsza rzecz która mi się przytrafiła w całej tej mojej dźwiękowej podróży.
Oczywiście mowa o nu-metalu. I choć szufladka ta okazała się być tyle pojemna, co właściwie trudno definiowalna, to w przypadku dwóch zespołów nie ma absolutnej wątpliwości co do ich przynależności gatunkowej: Korn i Limp Bizkit. A i one przecież dość znaczącą się różnią, choćby zawartością wpływów hiphopowych. O LB równie dobrze można mówić jako o zespole rap metalowym – i to nie tylko za sprawą rymowanek Tego Chłopa w Czapeczce, co podkładów. Podkładów, których pierwszoplanową postacią – przy całej sympatii dla Wesa Borlanda i Dj Lethala- jest sekcja rytmiczna. To właśnie ona sprawiała że do dzisiaj żadna tzw. rockoteka nie może odbyć się bez „Break Stuff”, a na festiwalach na których LB gra wciąż całe masy bujają się do ich piosenek.
Enter Sam Rivers. Post pożegnalny który wrzucił LB na Instagrama, opatrzony był fragmentem „Re-Arranged”. I rzeczywiście trudno o lepszy wybór – ta partia basu na początku de facto ustawia cały utwór. Ale tak na dobrą sprawę każdy hit Limp Bizkit ostemplowany był genialną partią basu – czy to będzie „Take a Look Around” (tu akurat zainspirowana motywem „Mission Impossible”), „Boiler” czy na zawsze mój ukochany „Nookie”. OK, nie będę się upierał że był nu-metalowym Jaco Pastoriusem – ten tytuł jeśli już to powinien zgarnąć Fieldy z Korna. Rivers być może takim innowatorem nie był – po prostu grał zajebiście skutecznie.
Ale kochałem też chłopa za co innego. Widzicie, dla mnie w nu metalu ważna jest nie tylko warstwa audio. Nu metal także widać, to cała estetyka. Nie tylko ubioru, bo to że numetalowy starter pack musi zawierać ciuchy Adidasa, łańcuch i białe skarpety podwinięte pod kolana to każdy wie. O nie, prawdiwy nu-metal musi się także odpowiednio ruszać. A Sam Rivers ruszał się bezbłędnie. Nieprzypadkowo opatrzyłem wpis tym a nie innym zdjęciem – chłopak miał na scenie taką wczutę jakby od koncertu zależało jego życie. Jasne, ktoś powie że było to przerysowane, pretensjonalne, bez dystansu i zapewne będzie miał w tym sporo racji. Ale z dzisiejszej perspektywy, po dekadach słuchania muzyki, uważam że koncert (jak również teledyski) powinny być jakimś spektaklem. Nie ma nic nudniejszego niż chłop który wychodzi na scenę w tych samych ciuchach w których idzie rano do spożywczaka i przez cały set patrzy się na swoje buty. Nie mówię że to musi być od razu poziom Kiss czy Rammsteina – ale kurde, ludzie zapłacili za bilet, daj im coś więcej niż tylko odegranie tego co zarejestrowałeś w studiu nagraniowym.
I Rivers to dawał, choć niekoniecznie się o tym przekonałem pół roku temu w Łodzi. To już był diametralnie inny człowiek – na pewno spokojniejszy, może nawet w prezencji bliższy tym kolesiom gapiącym się na buty. Bardziej mnie jednak uderzyła zmiana wizualna. Głupio takie rzeczy wypominać, ale chyba nikt się tak w zespole nie postarzał jak Rivers, będący przecież najmłodszym w składzie. Dekadę temu (czyli jeszcze przed czterdziestką) przeszedł operację przeszczepu wątroby, co było pokłosiem wieloletniego spożywania alkoholu. Czy ma to związek z tym, że dziś piszemy o nim w czasie przeszłym? Czy ma to właściwie jakieś znaczenie?