Mayhem
gdzie: Progresja, Warszawa
kto: Mayhem, Owls Woods Graves
Mówi się, że każdy mężczyzna powinien w życiu postawić dom, spłodzić dziecko i zasadzić drzewo. Po wczorajszym wieczorze pozwolę sobie dorzucić – podpalić kościół i usłyszeć Mayhem na żywo.
A już poważniej mówiąc – jak niejednokrotnie tu komunikowałem, nigdy black metal nie był w gronie moich ulubionych gatunków spod znaku ciężkiego grania i już raczej nie będzie. Co nie oznacza że nie doceniam, a nawet zacząłem z czasem czerpać przyjemność z obcowania z nim. A jeśli black metal to nie ma opcji, by nie trafić na jednych z pionierów tego gatunku – czyli bohaterów tego wpisu. Paradoksalnie, chociaż lata temu niezbyt pochlebnie się o nim tu wypowiedziałem, to dziś – przy całej sympatii do najbardziej klasycznych dokonań Norwegów, najlepiej wchodzi mi najbardziej eksperymentalny i przez to najbardziej bezkompromisowy „Grand Declaration of War”. Więc kiedy okazało się, że zespół da jedyny tegoroczny koncert w Polsce tuż niedaleko mojego domu, to długo się nie zastanawiałem nad zakupem biletu.
Zwłaszcza że kontekstem tej trasy nie jest nowy album, a podsumowanie ponad 40-letniej historii zespołu. Swoją drogą, mam wrażenie że co drugi koncert na który w tym roku chodzę to z okazji jakiegoś legacy tour. Co smutne, bo oznacza że artyści których lubię najbardziej powoli schodzą ze sceny i zaraz zostanie oglądanie DVD i wrzutek na YT.
Ale dobra, koniec boomerskich smuteczków, przejdźmy do meritum. Trzeba przyznać, że panowie Necrobutcher i spółka ładnie ogarnęli temat. Zacznijmy od samej muzyki. Być może to (kolejne) smutne spostrzeżenie, ale trudno nie dostrzec pewnej prawidłowości, że 95% wykonawców najlepsze albumy nagrywa na początku swojej kariery a potem jest już tylko gorzej. A przynajmniej na początku nagrywają te album, które publika najbardziej chce usłyszeć na koncertach. Czy tak jest też w przypadku Mayhem? Trudno jednoznacznie orzec. Z jednej strony na pewno nowsze albumy lepiej brzmią, zarówno produkcyjnie jak i wykonawczo i odważę się powiedzieć, że nowszych albumów lepiej się słucha. Ale też z drugiej strony mówimy o zespole, który obrósł legendą za życia i to niemal na początku kariery. To, że nie tylko ze względu na muzykę to inna sprawa… ale też trzeba postawić sprawę jasno – to nie tragiczne losy muzyków nagrywających „De Mysteriis Dom Sathanas” uczynił ten album fundamentem gatunku, a sama muzyka na nim zawarta.
Dlatego też myślę, że ułożenie setlisty w niemal idealnie chronologicznej kolejności było rozwiązaniem najlepszym z możliwych. Misterium zaczęło się więc dźwiękami jedynego reprezentanta ostatniego jak dotąd albumu Norwegów, tj. „Malum” z „Daemon”. A potem dostawaliśmy, przeważnie dwójkami, reprezentantów kolejnych wydawnictw (nie tylko albumówych, bo też np. z EPki „Wolf’s Lair Abyss”. Aż w końcu nastąpiło danie główne w postaci aż czterech utworów ze wspomnianego klasyka z ’94 roku. A na deser, po przerwie – trzy utwory z EP „Deathcrush”, w tym najlepsze z możliwych zakończeń, czyli „Pure Fucking Armageddon”.
Przede wszystkim jednak tę legendarność było widać. Powiem tak – dwa miesiące temu na Mysticu ostatni koncert (chociaż kto ich tam wie, biorąc pod uwagę że żegnają się tak już kilka lat) dawała Sepultura. I gdybym nie znał kontekstu to obserwując to co się działo na scenie w życiu bym nie zgadł, że obcuję z zespołem z Historią, którą chcę zaprezentować. A mówimy o zespole, który tak jak Mayhem skończył 40 lat. No ale tak, nie dałoby się opowiedzieć historii Sepultury bez pokazania braci Cavalerów… Choć przecież historia Mayhem też do najprostszych nie należy. Zresztą, o czym my mówimy – w którym zespole jeden muzyk zabił drugiego?
A mimo to wszystko to opowiedzieli, za pomocą ekranu w tle sceny. Kawał archiwistycznej roboty – z wszystkimi tymi zdjęciami i fragmentami wypowiedzi „z epoki” – ale też tych, którzy obrobili to tak że wciągało jak cholera. Tym bardziej, że to co się wyświetlało było ściśle związane z tym co zespół grał. Każda część koncertu, z utworami z danego albumu, była zapowiedziana adekwatnymi wizualizacjami. Nie zabrakło też dedykacji dla poległych na polu walki, co więcej – „Funeral Fog” był wykonany z wokalami Deada z taśmy. I jasne, być może czasem zespół robił temu swojemu dziedzictwo zbyt dobrze (naprawdę nie trzeba podkreślać że DMDS jest jednym z najbardziej wpływowych albumów dla black metalu, myślę że każdy z zebranych doskonale to wie), ale faktem jest, że z prawdą się tu nie mijają.
Tak się powinno grać koncerty tego typu. Bez wielkiego efekciarstwa (chyba że ktoś za takowe uzna przebieranki lub statyw mikrofonu zrobiony… z kości), z fokusem na opowiedzenie historii. Jak to się w korporacjach mówi – benchmark.
(wspomnijmy jeszcze o kapitalnym supporcie w postaci Owls Woods Graves, brzmiący jak efekt ruchów tektonicznych zbliżających Norwegię do Stanów Zjednoczonych, tudzież jak na odpowiedź na pytanie „co by wyszło z połączenia Black Flag z Mayhem?”)
najlepszy moment: subiektywnie VIEW FROM NIHIL, obiektywnie pewnie wszystko co wybrzmiało na finał
ocena: 8,5/10