Fortepian
rok: 1993
reżyseria: Jane Campion
Miłość. Przyznam, że jako człowiek wychowany na Lynchu z jednej i na RATM z drugiej strony, temat ten był mi kiedyś zupełnie obcy w poszukiwaniach (pop)kulturowych. Być może to starość, ale wygląda na to, w końcu i do mnie dotarło, że to najpiękniejsze i najważniejsze z uczuć, o którym można opowiedzieć w filmie lub piosence.
A może to po prostu film Jane Campion jest taki dobry? Mam wrażenie, że pomimo iż każdy kolejny jej film jest oscarowym kandydatem, to niespecjalnie jest wymieniana wśród najlepszych reżyserów (bez podziału na płcie), podobnie wśród znajomych kinomanów nikt jej nie wymienia w gronie swoich faworytek. A to nie jest tak, że nie ma własnego stylu. I choć nie jestem tak obeznany z twórczością Nowozelandki to śmiem twierdzić, że „Fortepian” to kwintesencja jej stylu. A na pewno jeden z najbardziej stylowych obrazów jakie widziałem, choć jednocześnie piekielnie niepozorny.
Tu, nomen omen, zagrało wszystko. Przepiękne zdjęcia, z więcej niż kilkoma kadrami które można oprawić w ramie i wystawiać w galeriach sztuki. Cudowna ścieżka dźwiękowa Michaela Nymana, słusznie uważana za jedną z najlepszych w historii. Aktorzy – tu trzeba kilka słów więcej dodać. Bo choć spokojnie można nazwać to aktorskim koncertem czwórki wykonawców, to lider, a właściwie liderka, jest jedna. Jak wybitna musi być Twoja rola, jeśli zostajesz obsypana deszczem nagród (w tym Oscarem), mimo iż na ekranie (bo jest kilka kwestii z offu) nie wypowiadasz ani jednego słowa? Holly Hunter zagrała tu, nie przesadzając, całą sobą – buzujący wulkan emocji i pożądania, skryty zarówno pod ograniczeniami wynikającymi z mutyzmu, jak i maskulinistycznymi realiami XIX wieku, gdzie normą były małżeństwa aranżowane (przez mężczyzn, rzecz jasna). Osobny Oscar należy jej się za duet romantyczny z Harvey Keitelem – powiedzmy sobie wprost, że choć aktor to wybitny, to jego fizys niespecjalnie predysponuje go do ról amantów. I rzeczywiście, ta miłość nie jest rodem z rom-komów czy „Titanica”. A jednak wierzy się w to uczucie i kibicuje mu całym sercem. Wspomnijmy tu też o być może najbardziej kontrowersyjnej roli, czyli Flory granej przez wówczas 11-letnią Annę Paquin. Tak, jestem w stanie zrozumieć czemu jej postać może irytować – rzeczywiście wykracza ona mocno ponad normy „rezolutnego dziecka”. Ale ja tę interpretację kupuję – bo też myślę, że była konieczna jako pewna przeciwwaga wycofania Ady granej przez Hunter. A czy jest to rzeczywiście oscarowa rola to już inna sprawa.
To co mnie przede wszystkim w tym filmie zachwyca to sama historia. Niejednokrotnie wspominałem, że najpiękniejsze kwiaty miłości rosną na najbardziej jałowych glebach i nie inaczej jest tutaj. Powiedzieć, że relacja Ady i George’a to mezalians to jak nic nie powiedzieć. Różni ich absolutnie wszystko – status społeczny, fizjonomia, możliwości komunikacyjne. A jednak coś się rodzi. I nie chce umrzeć, pomimo nie tylko tych różnic, ale także pomimo głównego zagrożenia dla tego uczucia, jakim jest przyszły mąż Ady (Sam Neill, też zresztą świetna rola).
Pewnie nieraz sami używaliście sformułowania typu „gdyby ten film był piosenką, byłby…” – w najróżniejszych jego wariantach. W przypadku „Fortepianu” nie trzeba szukać daleko – bo ten film jest jak najpiękniejsze dźwięki wydobywane z fortepianu i odwrotnie. W pełni kompatybilne kino. Kino, które w takim wydaniu uwielbiam.
najlepszy moment: fortepian w wodzie
ocena: 9,5/10