rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2025 (dzień drugi)

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Nine Inch Nails, Future, Tyla, Lola Young

Z cyklu „smutne konstatacje”: nie abym kiedykolwiek był jakimś psychofanem Open’era, ale pomimo sporadycznych podśmiechujków (i to nie tyle z samego festiwalu, co z otoczki generowanej przez jej uczestników) zawsze kibicowałem tej inicjatywie i bywałem na festiwalu prawie-regularnie od samego jej początku, jeszcze za czasów Skweru Kościuszki – czyli, rany boskie, ponad 20 lat. Prawie-regularnie oznacza w tym wypadku przerwy nie dłuższe niż dwa-trzy lata. Lekko szokujące było więc dla mnie odkrycie, że ostatnim razem pisałem o gdyńskim festiwalu w 2019 roku, czyli jakby nie patrzeć 6 lat temu.

Oczywiście siłą rzeczy przerwa musiała być dłuższa niż zazwyczaj, choćby ze względu na odwołane przez Covid-19 edycje z 2020 i 2021 (eksperyment z Open’er Parkiem z ’21 pomińmy). Ale festiwal wrócił już na normalnych zasadach w ’22, a mimo to nie wracałem do Gdyni – bo przede wszystkim pogłębiał się problem który narastał już w latach przed-pandemicznych. Mówiąc krótko – rozjeżdżaliśmy się w gustach z organizatorami festiwalu. I by nie było – nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Open’er zawsze miał ambicje trzymać rękę na pulscie Muzyki, a ten puls definiuje przede wszystkim młodzież – tak po stronie artystów, jak i odbiorców. I dopóki sam zaliczałem się do młodzieży to cieszyła mnie każda pozycja na festiwalowym plakacie. A że już do tej młodzieży nie należę (#chlip), to wyczekuję aż Alter Art rzuci jakimś ogłoszeniem które mi te czasy młodości przypomni. W 2019 roku było to The Smashing Pumpkins, a potem długo nic, aż w roku pańskim 2025…

Nine Inch Nails

Przegapiłem w 2009 roku, przegapiłem w 2014 roku, trzeci raz już nie mogłem odpuścić, nawet jeśli zdecydowanie bardziej cieszyłby mnie pełnoprawny, solowy koncert. Ale przede wszystkim należy się cieszyć że nie tylko zawitali do Polski, ale że w ogóle koncertują. Dopiero co Trent Reznor obwieszczał że zupełnie nie interesuje go jeżdżenie w trasy koncertowe i biorąc pod uwagę jak udanie rozwija się jego kariera kompozytora filmowego trudno było przypuszczać że zdanie zmieni. I wprawdzie Nine Inch Nails Anno Domini 2025 to Reznor plus Atticus Ross, czyli jego soundtrackowy partner, to już skład koncertowy jest szerszy i obejmuje starych znajomych – w tym nieśmiertelnego Robina Fincka, debiutującego jeszcze za czasów Woodstock ’94 (!). Czyli można było zacierać rączki, że będzie choć trochę #jakdawniej.

I było! Bo choć na żywo NIN nie widziałem, to jakiś obraz zespołu w wersji live utrwaliłem sobie chociażby omawianym tu kiedyś DVD „Another Version of the Truth”. Ale nawet i bez znajomości archiwalnych koncertówek dało się dostrzec że jest to zespół wciąż trzymający formę. Nie potrzebujący efektownej scenografii – całe show robiła „biegająca” wśród muzyków kamera, której efekty pracy można było zobaczyć w monochromatycznej wersji na telebimach. I wyglądało to kapitalnie. Ale i kamera niewiele by zdziałała bez rejestrowanych przez nią muzyków: być może Reznor ma już te ukończone niedawno 60 lat, z tego co internety głoszą jest dość szczęśliwym mężem i ojcem. Ale na scenie wciąż, choć oczywiście w ograniczonej formie, inkarnuje szalonego Mr. Self Destructa, który gra w Quake’a, kumpluje się z Lynchem i ogólnie jest najbardziej cool personą na ziemi.

A skoro mowa o Lynchu! Przyznam, że w tym wszystkim jeszcze bardziej od prezencji zespołu rozwaliła mnie setlista. Oczywiście spodziewałem się, że najliczniejszą reprezentację będzie miał „Downward Spiral” (z „Closerem” na czele). Ale już obecność „I’m Afraid of Americans” już mogła zaskakiwać – choć po prawdzie od czasu śmierci Davida Bowiego jest to stały bywalec w NINowych setlistach. A już ciosu w postaci „The Perfect Drug” (dla nieobeznanych – utwór promujący soundtrack „Lost Highway”) kompletnie się nie spodziewałem, zwłaszcza w kontekście wypowiedzi Reznora, że jest to jedyny nielubiany przez niego utwór z własnego reprertuaru. I choć setlist.fm sugeruje że z tym utworem przeprosił się już jakiś czas temu, to myślę że był to piękny hołd dla drugiego z Davidów. A, czy wspomniałem że jako intro i outro wybrzmiało „Audrey’s Dance”?

I choć absolutnie cały koncert był wspaniały, to właśnie od coveru Bowiego zaczęła się seria nokautów – poza wspomnianymi także „The Hand That Feeds” (chyba najbardziej „tradycyjnie-przebojowy” w repertuarze, niemniej uwielbiam!), wykrzyczany przez wszystkich „Head Like a Hole” i na sam koniec wyciszenie w postaci „Hurt”, po którym już nie było co zbierać – a właściwie co łowić, bo wszyscy zalali się łzami?

Oczywiście zawsze można ponarzekać że czegoś zabrakło – gdybym ja miał decydować to uwzględniłbym singlowe numery z „The Fragile” („We’re In This Together”, „Starfuckers, Inc.”). Tyle tylko że i tak ich nie grają już od jakiegoś czasu, więc takie wyliczanki nie mają większego sensu (nawet jeśli rzeczywiście odrobinę rotują utworami na trasie). Dostaliśmy kapitalny koncert, z którego należy się tylko cieszyć. Co też czynię.

Ok, ale skoro już zapłaciłem za cały dzień festiwalowy, to szkoda byłoby nie zobaczyć innych koncertów tego dnia. Nawet jeśli jakościowo nawet nie stały obok setu NIN. Ale po kolei.

 

Future

Oj… Zacznijmy od spostrzeżenia dość oczywistego dla wielu osób komentujących w social mediach – to powinien być headliner Clout Festivalu. Tylko że takie komentarze mają niewiele większy sens od wyliczanek co powinien zespół zagrać a czego nie – widocznie termin przypasował tak a nie inaczej. Tym bardziej że to nie był casus 21 Savage sprzed kilku lat, który zupełnie rozminął się z publiką Opka. Tutaj widać było że spora część publiki na ten koncert czekała, kontakt był bardzo dobry i z tego co widziałem w relacjach to vibe’owało to niemal jak na Cloucie. W czym więc problem? Hm, może we mnie? Jak zobaczycie w archiwach, swego czasu sporo pisałem o Pluto (dla nieobeznanych #2 – drugi z pseudonimów rapera) w czasach mojej zajawki trapowymi mikstejpami. Ale potem mocno mnie to brzmienie znudziło i chociaż wylądowałem później w Sony Music, gdzie Amerykanin „stacjonuje”, to nawet niespecjalnie sprawdzałem jego nowe wydawnictwa. A mimo to nawet cieszyłem się że po tych prawie 15 latach od tamtej zajawki zobaczę go na żywo. Może nawet znów się wkręcę?

Cóż, nie wkręciłem się. Jasne, pora niesprzyjająca (zaczął set grubo po północy, na dodatek zaliczając spore spóźnienie), nie będę też kłamał że cały dzień tylko wodę popijałem… Co nie zmienia faktu, że nie pamiętam kiedy zdarzyło mi się literalnie przysnąć na stojącą. A po takim koncercie jak poprzedzający Future’a NIN dostrzegasz jaka to różnica jakościowa, przynajmniej jeśli chodzi o występy na żywo. Ktoś powie – inne gatunki, inna konwencja. Niby tak. Ale często te same osoby w ten sposób komentujące nie mają problemu by zestawiać ze sobą piłkarzy płci męskiej i żeńskiej. Dlaczego więc nie zestawiać z sobą zespołu który całe spektrum dźwięków generuje na żywo i chłopa z podkładami z przysłowiowego laptopa, wspomaganego wokalami z taśmy? By nie było, w tej konwencji można zagrać wciąż dobre koncerty, vide Yeat, Lil Uzi Vert czy nawet Playboi Carti (był to dziwny koncert, ale wciąż jakiś) na Cloucie. A tu pachniało trochę biedą czy po prostu minimalizmem. Ale ludziom się podobało, więc może jednak problem we mnie. Mniej alkoholu Łukasz.

Tyla

A skoro mowa o „graniu” z taśmy… Dziś słyszałem branżową plotę, że ponoć zespołowi Tyli zaginęły bagaże, w tym stuff koncertowy. Być może. Ale wciąż nie zmienia to faktu, że tu także była Bieda, jeśli chodzi o wykonanie na żywo. A mimo to byłem mniej rozczarowany niż w przypadku Future’a. Po pierwsze, na pewno miałem mniejsze oczekiwania – a właściwie żadnych. Po drugie, coś tam się jednak na tej scenie działo – był zespół (nawet jeśli ciut ściemniony), byli tancerze, była platforma na te tańce, słowem – można było popatrzeć. Po trzecie – nie sposób nie patrzeć na Tylę, to aktualnie jedna z najładniejszych osób parających się śpiewaniem na tej planecie, a dodatkowo sprawia wrażenie dość sympatycznej. No i po czwarte – dziewczyna ma naprawdę fajne piosenki. Wiadomo, „Water” najlepszy z nich wszystkich, ale nie gorzej wypadły „Jump” czy „PUSH 2 START”. Summa sumarum – fajny koncert popowy dla ludzi bez większych potrzeb.

Lola Young

Tu będzie najkrócej, bo z postacią Brytyjki jestem najmniej obeznany. Choć być może poza NIN to był najlepszy koncert z całego zestawu, nawet jeśli o mocno piknikowym klimacie narzuconym przez wczesną porę (start o 18.00). Bo dziewczyna przeurocza, z którą na pewno fajnie by się konie kradło, uczciwie śpiewająca na tle uczciwie grającego zespołu. No i „Messy” to naprawdę świetny utwór. Nie wiem czy kiedyś będzie z tego headliner wieczorową porą, ale kibicuję!

To co, do zobaczenia za rok, przy okazji koncertu np. Deftones, Green Day lub reaktywowanego Oasis?

najlepszy moment: NINE INCH NAILS – HURT

ocena: 

Nine Inch Nails – 9,25/10

Future – 6,5/10

Tyla – 6/10

Lola Young – 7/10

Leave a Reply