Red Hot Chili Peppers – Live At Slane Castle
rok wydania: 2003
wydawca: Warner
A dzisiaj, moi drodzy, będzie o pewnym koncercie który skopał mi dupę. Niestety tylko przez telewizor, ale zawsze coś.
Otóż jak każdy szanujący się człek wie, istnieje taka kapela jak Red Hot Chili Peppers. I właśnie ta załoga wydała na DVD koncert, który zagrali rok temu w Irlandii. Rzecz się zwie „Live at Slane Castle”. Jak sama nazwa sugeruje, scena położona była niedaleko ślicznego zamku. Generalnie widoczki na tym DVD są całkiem niezłe – zamek, piękna panorama, na dodatek w chuj ludziska, możliwe że jakieś 100 tysięcy. Zważywszy na to, że nie był to darmowy koncert (bo ktoś mógłby porównywać ten wynik z frekwencją na Przystanku Woodstock), jest to liczba dość spora. Zobowiązująca wręcz. Dlatego Red Hoci dali z siebie wszystko.
Ale może najpierw będzie o wizji, później o fonii. Pierwsze co zwraca uwagę to genialny montaż. Świetnie splecione ze sobą widoczki zespołu i publiki, a także okoliczności przyrody. Kamera jest wszędzie. Na dodatek mamy tu do czynienia z czymś, czego wcześniej nie widziałem w relacjach koncertowych. Mianowicie zastosowano tu patent z „Matrixa”. Czyli bohater podskakuje do góry (w tym wypadku zamiast Neo i Trinity mamy Kiedisa), zatrzymuje się w powietrzu, a kamera robi obrót o 180 stopni. Tutaj wykorzystano to głównie w bardziej dynamicznych kawałkach (zwłaszcza „By the Way”) – na szczęście w wystarczającej ilości, dzięki czemu nie nudzi. Zresztą i bez tego świetnie by się to oglądało, bo ciężko określić panów z RHCP mianem statecznych. Dotyczy to w szczególności Anthony’ego Kiedisa – chłop wciąż skacze, rzuca się po scenie. Flea jak to Pchła – też non stop podskakujący, choć raczej w ograniczonym zasięgu. A mimo tej ruchliwości ani razu nie doświadczamy w ich śpiewie/grze jakiegoś fałszu! To, że Flea basistą genialnym jest, to wie każdy znawca. Swoją drogą – choć to był sierpień, to panu basiście bardzo zamarzyło się przebrać za haloweenowego kościotrupa. I tak też uczynił… John Frusciante już taki ruchliwy nie jest, choć ten przyciąga za to uwagę samym wyglądem – ach ta burza włosów… A i o CZADZIE Smith nie można powiedzieć że zostaje w tyle jeśli chodzi o sceniczną osobowość. Jakby tego było mało, na scenie zamontowali telebim, na którym wyświetlane były różne chore animacje, o których jeszcze będzie później.
Oczywiście cała ta otoczka nie miałaby sensu, gdyby nie Muzyka. A ta broni się w stu procentach. Co o tyle zaskuje, jako że Red Hoci postawili głównie na dokonania z dwóch ostatnich płyt, „Californication” i „By the Way” (z obu po siedem numerów). A szczerze mówiąc, dla mnie Wielki Red Hot skończył się wraz z „One Hot Minute” (który na DVD nie ma żadnego reprezentanta). Odszedł Navarro, wrócił Fru, współtwórca genialnego „Blood Sugar Sex Magic”, ale nie oznaczało to powrotu do chlubnych korzeni. Wiem że artyści nie mogą stać w miejscu, ale jednak żal trochę, gdy słucha się tych do bólu słodkich numerów z ostatnich albumów. Dlatego nie wiem, jak oni to zrobili, że te utwory w wersji live po prostu miażdżą. Może trzeba będzie jeszcze posłuchać tych płyt? Dobra, polećmy szybko po kolei. Na dzień dobry tytułowy (i chyba najlepszy) track z ostatniego longpleja – połączenie starej dynamicznej jazdy z melodyką charakterystyczną dla najnowszego etapu w dziejach Papryczek. Mocne wejście. Ale już zaraz potem przychodzi uspokojenie w „Scar Tissue” – czyli pierwszy przebój z „Californication”. Zostajemy przy tym krążku, jednak nadal lecimy po przebojach, bo tym razem już bardziej energiczny „Around the World”. I znów wracamy do świeżynek (jeszcze po drodze słodziutka wokalna solóweczka Fru), czyli „Universally Speaking”. Słodkie zamulanie. Kolejny dyskograficzny kroczek do tyłu, zanim jednak zabrzmi „Parallel Universe” słyszymy cytat z „Latest Disgrace” autorstwa Fugazi. A teraz wracamy do „By the Way” za sprawą „The Zephyr Song”, który w najmniejszym stopniu nie wskazuje na to, że popełnił go zespół wcześniej parający się funkiem. Prędzej budzi skojarzenia z… The Beatles? Być może przesadzam, niemniej klip tego utworu silnie sugeruje by szukać inspiracji dla tego numeru w latach 60/70tych. Dla odmiany, choć zostajemy przy tej samej płycie, mamy „Throw Away Your Television” – konkretna rockowa jazda.
Czas na klasykę – to „Havana Affair” z repertuaru The Ramones. W tej wersji nie odbiega aż tak od tego, co robią aktualnie Red Hoci. Kroczek do tyłu, czyli kolejny singel z „Californication”. Śliczniuchny „Otherside”, który posłużył grupie jako kierunek, w którym podążą w przyszłości. A teraz „Purple Stain”, coś położonego blisko „Around the World”, wszak to ta sama płyta. Następnie skok w spokojne klimaty z ostatniego albumu – „Don’t Forget Me”. I wracamy – dynamiczny, krótki „Right on Time”. Przeplatańca ciąg dalszy, czyli singiel z „BTW” o nazwie „Can’t Stop”. Nie jest to specjalnie dynamiczna rzecz, choć też nie zamularska. Druga świetna kompozycja z ostatniego krążka. Dla odmiany z tej samej płyty otrzymujemy „Venice Queen”, prawie że etiuda. Najpierw długi, niepokojący wstęp, potem nadal spokojny klimat z wokalem, aż dochodzimy do szybszej końcówki z akustyczną gitara. Fajny twór, którym można by jeszcze długo się pozachwycać, gdyby nie to, że jako nąstępny numer wskakuje „Give It Away”. Wiadomo – jeden z dwóch wielkich przebojów z „Blood Sugar Sex Magic”. Ten dynamiczniejszy. Spokojnie, zaraz będziemy mieli i ten drugi. Choć najpierw trzeba wyczekać, aż Papryczki wrócą pobisować, potem wysłuchujemy skądinąd świetnego dialogu perkusji Smitha z publiką, do którego dołącza się Flea na basie, no i jeszcze męczymy się (a właściwie tylko ja – co pocznę, nie trafia on do mnie) z tytułowym kawałkiem z „Californication”. No i mamy – „Under the Bridge”, wyśpiewany wspólnie z publika. A na sam koniec – „The Power of Equality”. Czyli funk jak się patrzy. I koniec niestety.
W dodatkach tylko wspomniane wcześniej animacje z telebimów w pełnych wersjach. Dość wykręcone to rzeczy – a to jakiś żubr biegnący, tudzież fragmenty telewizyjne. Można puścić sobie na telewizorze, stanąć do niego tyłem, wziąć do ręki air guitar i poudawać Frusciante. Mała rzecz a cieszy.
najlepszy moment: UNDER THE BRIDGE
ocena: 8/10