Open’er Festival 2004 (dzień drugi)

gdzie: Skwer Kościuszki, Gdynia
kto: Massive Attack, Goldfrapp, Adam Freeland
Bez bzdurnego wstępu, wypełnionego samym och i ach. Jedziemy od razu z konkretem:
Tak jak dnia pierwszego, wjazd od 17.00. Ale oczywiście impreza nie zaczynała się od 17.00, więc przyszło mi trochę poczekać. Wprawdzie było piwko, ale tym razem nie było pogody i rozpętał się taki grad, że trzeba było szybko znaleźć schronienie. Tak samo zresztą pomyślała większość gawiedzi, więc namiot, w którym odbywały się clubbingowe harce, zanotował niespotykaną dotąd frekwencję. A klubing jak to klubing – trzeba to lubić. Mnie na dluższą metę nuży, a na trzeźwo to już ni chuja. Ale gdy na scenę wlazł Adam Freeland, to od razu zrobiło się ciekawiej. Ciut się wprawdzie zdziwiłem, bo sądziłem że jako jedna z gwiazd festiwalu będzie występować na main stage – co byłoby znacznie efektowniejsze, zwłaszcza że pogoda zaczęła się jako tako rozpogadzać. A tak trzeba było pomęczyć się w namiocie. Obiektywnie, nawet jeśli nie jestem wielkim entuzjastą takiej muzyki, należy uznać że było bardzo dobrze. Ciężko stwierdzić by była to dobra „rozgrzewka” przed Massive Attack, bo to jednak zupełnie inna para kaloszy. Freeland wystąpił ze wspomagającym go na wokalu panem, umiejętnie zachęcającym do zabawy. W międzyczasie przyuważyłem ruch na głównej scenie. ale wyglądało to na jakieś smętne plumkanie, więc zostałem na Freelandzie. Ale i Freeland zaczął już nużyć, zwłaszcza że grał już grubo ponad godzinę, zatem poszedłem popatrzeć na owo plumkanie. A gdy na scenę weszła Novika to dopiero skumałem się, że jego autorem był nie kto inny jak Smolik. Załapałem się więc dopiero na ostatni numer (liczyłem że usłyszę „T.Time” ale to nie było to).
Czas na pierwszą gwiazdę zza granicy. Goldfrapp. Na żywo, czyli z perkusistą, panem obsługującym skrzypce elektryczne (i w ciekawej hmm sutannie?), klawiszowcem, basistą co chwilę wymieniającym wiosło oraz panią wokalistką, ubraną – w wyjątkowo krotką miniowę. Ciekawie się robiło jak schylała się do publiki odwrócona plecami… A już skupiając się na muzyce: generalnie można Goldfrapp wrzucić do worka z napisem „piosenkowa elektronika”. Vibe a’la Moloko, ale jak dla mnie znacznie lepszy. Klimat zróżnicowany – od dość spokojnych numerów po typowe przebojasy. Były momenty genialne, jak np. wykonanie „Strict Machine” – bez bicia przyznaję że jedyny numer który znałem. Dziwnie natomiast się zrobiło, gdy towarzystwo grało jakiś numer, a tu nagle ni stąd ni zowąd bum. I cisza. Wokalistka coś tam pobluzgała (swoją drogą- dosyć często zdażało jej się używać tak zwanego f-word) i zeszli ze sceny. Dziwny żart czy naprawdę cos nawaliło? Po bieganinie technicznych muzycy weszli ponownie na scenę i zaczęli grać, a zaraz potem znów cisza. Wokalistka rzuciła „sorry guys, but it’s fucked” i zeszli tym razem na dluższą chwilę. Na szczęście jak się pojawili to już grali do końca. Wciąż się zastanawiam czy było to specyficzne poczucie humoru czy polskie realia branży koncertowej?
Goldfrapp grali około godziny. Nie zostali pożegnani jakoś specjalnie entuzjastycznie, choć na pewno lepiej niż Pink dnia poprzedniego. Ale wszyscy wiedzieli, ze wraz z końcem koncertu Goldfrapp jesteśmy coraz bliżsi TEGO koncertu. Choć poprzedzony jeszcze długą, chyba niemal godzinną przerwą techniczną. Wnoszono na scenę mnóstwo sprzęciwa, w tym coś, co zupełnie nie miałem pomysłu czemu może służyć. Jakieś rury długości całej sceny, kojarzące się z pięciolinią. Potem przy testowaniu przez technicznych okazało się to generować różne światełka. Czyli będzie ciekawie także wizualnie. No dobra, wsio fajnie, ale czas się trochę nam dłuży. Publika zaczyna gwizdać. Ale w końcu, około kwadrans po dwudziestej trzeciej, gasną światła, pojawia się mnóstwo dymu i zaczyna pobrzmiewać spokojne, acz niepokojące intro. Po bodajże trzech minutach intro się kończy i pojawiają się muzycy. Za dużo ich by po kolei wymieniać. Generalnie ekipa liczna prawie jak u Slipknota, tyle że z tą różnicą, że tutaj każdy muzyk miał słyszalny wkład w całość. A skoro o słyszeniu mowa – genialne nagłośnienie. Basy takie, ze aż czułem drżenie serca. Tym silniejsze, gdy już na samym początku zabrzmiał „Angel”. O kurwa kurwa kurwa… ciężko opisać co wtedy czułem. Po prostu odlot w najczystszej postaci, wręcz esencja odlotu. Dla takich chwil warto było wydać te 120 zeta. Dla takich chwil warto w ogóle chodzić na koncerty. To było najprawdziwsze Misterium. Wszyscy jak jeden w Transie. Jedni po wspomagaczach znów wyczuwalnych w powietrzu, innym wystarczyła sama muzyka. Spokojny wstęp w „Angel” i potem ta ściana dźwięku… prawie łzy w oczach mam. I jeszcze te wizualizacje na wspomnianych „rurach”. Czy to jakieś napisy, czy gra świateł mniej lub bardziej konkretna… po prostu pięknie. Kolejności piosenek nie pamiętam. Było generalnie dosyć przebojowo. O ile „Karmacoma” czy „Teardrop” można było się spodziewać, tak już obecność „Unfinished Sympathy” w sumie mnie osobiście zaskoczyła. Po „Angel”, tak jak na „Mezzanine”, wybrzmiał „Risingson”, gdzie w trakcie słów „dream on” nagle wszystkie światła dały po oczach. Miagia. Nie ma co zrestą wymieniać kolejnych tytułów – od początku do końca było genialnie. W pewnym momencie przestałem postrzegać ten Koncert jako zbiór odgrywanych numerów, lecz bardziej jak… kolejne akty w teatrze. Wokalistów było pięciu (w tym 3D rzecz jasna), występujących w różnych konfiguracjach, a każdy utwór był jak kolejna scena w tym spektaklu, nową opowiedzianą historią… Magia, Magia, MAGIA. Chyba najlepsze przyjęcie przez publikę na tym festiwalu. Myślę, że nie było osoby, która nie chciałaby, by grali dłużej niż te półtorej godziny…
najlepszy moment: MASSIVE ATTACK – ANGEL
ocena: 8,5/10