Kazuhisa Uchihashi
kto: Kazuhisa Uchihashi
W historii mego bloga (a może w ogóle blogów?) nie było chyba jeszcze tematu w języku japońskim. Ale jak to mawiają – co się odwlecze to nie uciecze, więc oto jest. Choć tak naprawdę to topic nie jest po japońsku, tylko pewien koleś tak się śmiesznie nazywa. Tak się jednak złożyło, że ten śmieszny jegomość postanowił dać koncert w Uchu. Przeczytawszy tu i ówdzie, że typ robi jednak całkiem konkretną muzę i że nagrywał m.in. z Johnem Zornem, to postanowiłem zobaczyć cóż to za stworzenie.
Nie byłem zresztą jedynym, który poczuł nagły pociąg do kraju kwitnącej wiśni, bo oto do mego domostwa zawitał Lehu i w tym wesołym składzie postanowiliśmy wyruszyć nach Gdynia. Kolejka dziwnie zapchana (wszakże była to godzina 19.00, a ludzie już o tej porze powinni spać), ale dajemy radę. Mamy browary w siatkach więc dodają nam one otuchy. Pod Uchem rozpoczynamy konsumpcję, do której dołącza z czasem Olejek. Po spożyciu procentów ładujemy się do środka. Tym razem nie dziwi, że są rozstawione stoliki i że jest w chuj „artystów”. Podwędzamy krzesła i lokujemy się tuż pod sceną. Nagle na scenie pojawia się starszy jegomość, który zapowiada gwiazdę dnia, czyli pana Uchihashi. Koleś koło 40, skromnie wyglądający, niczym by się nie różnił od reszty towarzycha gdyby nie te śmieszne oczka.
Wcześniej wyczytałem, że typ jest wirtuozem gitary, więc spodziewałem się klimatów bliskich Satrianiemu czy Vai’a. Jakże na szczęście się myliłem! Cały bajer gry tego pana polega na tym, że ma on sobie tę gitarę, ale oprócz tego jeszcze sprzęcior który nagrywa dźwięki tej gitary i za pomocą przeróżnych guziczków te dźwięki przetwarza. Dawało to niesamowity efekt. Jeśli dodać do tego to, że gitara czasem panu Uchihashi służyła jako instrument perkusyjny to już nie dziwi to, ze koleś ma tego Johnem Zorna w CV.
No dobra, ale nie wspomniałem o jakże ważnym elemencie tego koncertu, dla niektórych wręcz jego istotą. Otóż muzyka pana U. służyła tu jako tło do filmu „Zakazana Planeta”. Dzieło z roku ’56, prekursorskie jeśli chodzi o efekty specjalne (wszak jest to film science fiction). Może to zadecydowało o tym, że akurat do tego filmu przygrywał pan U., a może chodziło po prostu o klimat filmu? Bo na pewno nie o to, że grał tam młody jeszcze i nie tak błazeński Leslie Nielsen. Choć w sumie, i tak jak na film science fiction, miał on sporo elementów humorystycznych. Pokrótce: jest sobie załoga promu kosmicznego, który ląduje na planecie, zamieszkanej tylko przez pewnego profesorka i jego całkiem niezłą córkę. Wkrótce jednak okazuje się, że jest jeszcze trzeci, dość ważny mieszkaniec… Tyle, jeśli chodzi o fabułę, nie zdradzam więcej, bo liczę na to, że ktoś się skusi by go ściągnąć sobie z netu (wypożyczyć?).
Jak muza pana Japończyka do filmu pasowała? Ano pasowała, i to bardzo. Generalnie wywoływała uczucie permanentnego niepokoju. Nawet w takich fragmentach filmu, gdzie można by się spodziewać „luźniejszego” podkładu, może wręcz pogodniejszego. I raczej nie było to epatowanie dźwiękami, jedynie w najdynamiczniejszym fragmencie filmu zrobiło się głośniej i jeszcze ostrzej. A głównie to było takie tam sobie plumkanie. Choć akurat nie w negatywnym tego słowa znaczeniu – oby każdy tak plumkał!
Koniec filmu, kończy się więc muzyka, jednak wspólne prośby wspomnianego wcześniej starszego jegomościa i publiczności zmusiły pana U. do powrotu na scenie. I chyba było jeszcze lepiej niż wtedy, gdy przygrywał do filmu. Co tu dużo mówić – Sztuka przez duże SZ. I aż szkoda, ze już o 22.00 impreza się skończyła.
najlepszy moment: CAŁOŚĆ
ocena: 7,5/10
