rageman.pl
Muzyka

Poison The Well – The Opposite Of December… Season Of Separation

rok wydania: 1999

wydawca: Trustkill

 

Mam nadzieję że jednak ktoś czyta co tu wypisuję jeśli chodzi o dźwięki i obrazki. Wiecie, mi to się przydaje, bo dzięki temu np. okazuje się, że moja recenzja wygrała w jakimś tam rankingu (choć oczywiście recenzja pisana „na poważnie” zajmuje dłuższą chwilę niż blogowa, ale właśnie dzięki blogaskowi – nie zajmuje to też specjalnie dużo czasu). Oczywiście, nie chwaląc się. A czy Wam się przydaje… Nawet jeśli nie, to sorry, i tak będę was męczył swą twórczością. Bo to też dobra forma wyżycia się, tak to widzę.

No właśnie. Niektórzy wyżywają się pisząc, inni siłując się, jeszcze inni masturbując. A panowie z Poison the Well wyżywają się za pomocą muzyki. I słychać że to wyżywają się nie koksiarze z Nowego Portu, a szargani skrajnymi emocjami wrażliwi panowie z Ameryki. Podmiot liryczny w tekstach cierpi, głównie przez miłość. Dekadencja, rezygnacja, rozpacz… Okej okej, musi paść w końcu to słowo. EMOOOO.

Jeśli czytacie to dalej, to dajcie mi wytłumaczyć, dlaczego mimo wszystko jest to fajna płyta.

1) Bardziej w przypadku PTW możemy mówić o tzw. screamo. Czyli, jak możecie się domyślić, krzyczana wersja emo. Normalnych wokali tu jak na lekarstwo. No i przekłada się to na muzykę – ciężkie w odbiorze, o przebojowości można zapomnieć. Czyli – niby emo, ale jednak nie emo. Szufladki to straszna rzecz, swoją drogą.

2) Jeśli ktoś odróżnia Sunny Day Real Estate od Tokio Hotel, a Fugazi od Fall Out Boya, to nie trzeba mu tłumaczyć, że emo w swym pierwotnym założeniu nie był złym gatunkiem. Oczywiście dla cyników zawsze takie wylewanie żali w sztuce będzie gównem i beką w jednym. Tak samo jak ogólnie wylewanie żali publiczne przez kogokolwiek. (Hahaha, tak, w tym momencie to autodiss.) Get a life, człowieku. Więc nie martw sięee, uśmiechnij sięee. No tak. Tylko że różnica między kolegą z blogaska a panami z Poison the Well jest taka, że oni te żale potrafią przekuć w sztukę, która porusza i kruszy kości swym ciężarem. Coś dla zamularzy i fanów hardcore’u jednocześnie. Poza tym z jednej strony słychać w tej muzyce szczerość, a nie płynięcie na fali popularności emo*. Z drugiej strony – no na pewno w jakiś sposób trzeba to wszystko brać w cudzysłów. Bo jest to wielce możliwe, że na co dzień panowie zażywają nagminnie kąpieli słonecznych**, a herbatę popijają z kubków z Kaczorem Donaldem. Sztuka to w końcu kłamstwo, które pokazuje rzeczywistość.

*fakty historyczne – płyta pochodzi z 1999, kiedy to jeszcze młodzież nie rzucała się tak hurtowo na tusz do rzęs i czarny lakier do paznokci. Oczywiście żadni z Poison the Well protoplaści, choć na pewno płyta ta, debiutancka na dodatek, na pewno plasuje się nie tylko w ich dyskografii, ale i w nurcie screamo/posthardcore’owym.

**wielce to możliwe biorąc pod uwagę fakt, że załoga ta pochodzi z Miami

 

najlepszy moment: SLICE PAPER WRISTS

ocena: 7,5/10