Łowca androidów
reżyseria: Ridley Scott
Wspomniałem przy okazji „Thelmy & Louise” że będzie o „Blade Runnerze”, no i jest.
Ale co właściwie można napisać o takim filmie jak ten? O którym napisano praktycznie wszystko, nakręcono dziesiątki dokumentów mu poświęconych, o którym wykłada się na uniwersytetach? Który jest blueprintem gatunki science-fiction i który stworzył podwaliny pod cyberpunk? Którego okoliczności powstania, z pierdyliardem różnych wersji, są równe legendarne co on sam? Który jest po prostu Arcydziełem, o którym powinno mówić i pisać się z pozycji klęczącej?
Kiedy w końcu docierasz do takich dzieł jak „Blade Runner”, muzyka The Beatles czy obrazy van Gogha to uświadamiasz sobie, jak wiele z tego co zobaczyłeś lub usłyszałeś ma swoje korzenie gdzie indziej, ale też jak często myliłeś kałużę ze źródłem. A im późniejsze pokolenia, tym bardziej te zjawisko ich dotyka – bo siłą rzeczy coraz więcej wtórności, a coraz mniej takich dzieł, o których można rzeczywiście powiedzieć że czegoś takiego wcześniej nie było. I ja też do „Blade Runnera” dochodziłem krok po kroku. Na początku te kroki były zupełnie niewinne, prawie że przypadkowe – a to teledysk „A.D.I.D.A.S.” Korna z symbolicznymi obrazkami śledztwa skąpanego w deszczu, a to „More Human Than Human” White Zombie, z tytułem zaczerpniętym nie tyle z filmu, co z noweli Philipa K. Dicka którą zaadaptowano. Ale potem przyszły gry komputerowe, a tu już można mówić o całych połaciach światów zainspirowanych filmem – mniej („Beneath a Steel Sky”) i bardziej bezpośrednio (przygodówka „Blade Runner” de facto dzieje się w tym samym uniwersum co film, a nawet korzysta z części postaci tam przedstawionych).
Paradoks polega na tym, że ja właściwie nie lubię science fiction. Zupełnie obeszły mnie światy Gwiezdnych Wojen czy Star Treka. A z takiego uniwersum „Blade Runnera” mogę czerpać garściami. Nie chcę tu rozkminiać przyczyny takiego stanu rzeczy (bo też nie chcę się narazić legionom fanów tamtych franczyz haha). Powiem tylko że jest w tej w tej naszpikowanej neonami z jednej strony, a wiecznie deszczowej z drugiej dystopią coś, co w pełni koresponduje z moją wrażliwością. A muzyka Vangelisa tylko dopełnia to uwielbienie – jeśli wymyślono nie tylko syntetyzatory, ale też cały new age w jednym konkretnym celu, to jest to właśnie udźwiękowienie świata Blade Runnera.
Nie będzie tu więc żadnych hot tejków jeśli chodzi o ocenę formy i estetyki filmu – czysty ideał, blueprint, benchmark, zwał jak zwał. Ale też retrospektywne spojrzenie na ten film pozwala zrozumieć, dlaczego początkowo nie wzbudzał on zachwytów. Bo to że mało który recenzent jest jasnowidzem i dobrze oszacował wpływowość tego filmu to można wybaczyć. Niestety już wtedy dało się dostrzec, że ten film jest bardzo ślamazarny. A mówię to z perspektywy człowieka, który wychował się w czasach kiedy filmy tak nie pędziły jak w dzisiejszych czasach i który nawet woli to kino starszej daty, dające kadrom wybrzmieć. Ale przypadek „Blade Runnera” jest dość osobliwy, bo fabuła sugerowałaby szybsze tempo, tymczasem ma się wrażenie że Scott o wiele bardziej jest zainteresowany eksplorowaniem tego świata niż posuwaniem wydarzeń naprzód. Znam doskonale to podejście – tyle że o ile w kategorii serialowej zupełnie mi ono nie przeszkadza („Twin Peaks”, rzecz jasna), tak na przestrzeni filmu (nieważne czy mówimy o director/extended/etc. wersji czy standardowej) oczekuję ciut większego konkretu. Zwłaszcza że niekoniecznie zyskują na tym inne warstwy – bo wiele się mówi w kontekście filmu o człowieczeństwie, co znaczy być człowiekiem i czym taki replikant różni się od człowieka. Ale też powiedzmy sobie wprost, nie jest to też jakoś wybitnie eksploatowany wątek. Aczkolwiek ma on piękną kulminację w finalnym monologu Roy Batty’ego.
Dlatego doceniając, a nawet kochając wszystkie zalety tego filmu, te dostrzegane dziś wady nie pozwalają mi na wystawienie maksymalnej oceny. A w skali Ridleya Scotta – tak, na pewno „Blade Runner” jest ambitniejszym projektem niż „Thelma & Louise”, impakt obu tych filmów jest nieporównywalny. Ale jeśli oceniać za pomocą najprostszego z kryteriów, czyli zwyczajna radość oglądania, to ten feministyczny manifest oceniam ciut wyżej.
najlepszy moment: ŁZY W DESZCZU, wiadomo
ocena: 9/10
