rageman.pl
Muzyka

Mad Season – Above

Above_(Mad_Season_album)rok wydania: 1995

wydawca: Columbia

 

dzis tez zajmiemy sie cala dyskografia pewnego zespolu. a ze wydal on tylko jeden album, wiec bedzie krotko.

zwyklo sie nazywac Mad Season grunge’owa supergrupa. w sensie ze spotkaly sie wielkie nazwiska nurtu silnie kojarzonego z seattle. historia muzyki pokazala jednak, ze takie supergrupy wcale nie musza grac super i przewaznie jako calosc stanowi znacznie mniej niz suma ich elementow. z Mad Season bylo inaczej.

a bylo to tak, ze zebralo sie czterech odwykowcow, alkoholowych i narkotykowych. glowna inicjatywa nalezala do Mike’a McCready (Pearl Jam). zaczal jammowac z Barretem Martinem (Screaming Trees) i Johnem Baker Saundersem (The Walkabouts). na koncu calosc ozdobil wokalami śp. Layne Staley (Alice In Chains). wszystko zajelo pare dni. to slychac. erupcja pomyslow i spontan. uchwycona magia chwili.

najmagiczniej jest juz na samym poczatku. „Wake Up”. majestatyczna linia bassu i delikatna gitarka, a za chwile jedyny w swym rodzaju wokal staley’a. „wake up young man, it’s time to wake up, slow suicide’s no way to go…”. w sferze samej muzyki to rzeczwyscie rzecz idealnie nadajaca sie na tlo wstawania o samym swicie. w polaczeniu z tekstem rzecz nabiera glebszego wymiaru. obudz sie czlowieku… zyj.

co jeszcze? „x-ray mind” to kapitalnie rozpedzony poczatek, potem robi sie zwlaszcza dzieki staleyowi bardzo aliceinchainsowo. „river of deceit” – najpopularniejszy chyba numer z tej plyty, singlowa rzecz. piekna ballada, ta sama liga co „hunger strike”. „my pain is self chosen” w ustach staley’a to najwiekszy autentyk z autentykow. to nie emo wynurzenia, to deklaracja czlowieka ktory juz byl na prostej drodze do anihilacji, choc w tym okresie przeciez bylo troche lepiej, byla nadzieja… w „lifeless dead” kroluje zas mccready, a konkretnie riff przez niego zapodany. „I don’t know anything” brzmi nietypowo, bo jakby wrecz wesolkowato. chwila rozluznienia, ktora mozna bylo przedstawic tez w radio. ale zaraz potem znow mamy klimat „wlasciwy”. pojawiaja sie goscie – saxofonista, ale przede wszystkim mark lanegan ze screaming trees. „long gone day”. chyba najbardziej experymentalna rzecz. blues, jazz, progresja jakas, zadymiona ciemna knajpa. magia i kolejny faworyt plyty. ostatni numer i jakze optymistyczne przeslanie juz w samym tytule „all alone”. a wokale staley’a to tutaj wrecz z gospelem sie kojarza!

duzo nazw padlo. gospel, jazz, blues, progresja… a gdzie grunge? a co to jest kurwa grunge?!? panie, daj pan spokoj. to jest scisla extraklasa rocka w ogole, a nie jakiegos grandza.

 

najlepszy moment: WAKE UP 

ocena: 9/10 

Leave a Reply