Nelly Furtado – Loose
wydawca: Geffen
Dehnel powiedzial ostatnio ze sie sprzedalem. ze pisze o hiphopie i popie. ciekawe jak zareaguje na dzisiejsza recke. bedzie o jednej z najlepszych popowych plyt jakie wyszly ostatnimi laty. okej, dla mnie najlepszej. i mowimy tu o jak najbardziej mainstreamowym popie, bo np The Knife na listach przebojow nie uswiadczymy, choc to tez melodyjnie porywajace rzeczy. ale kunszt niektorych kawalkow tutaj zahacza normalnie o Pet Sounds Beach Boysow czy The Beatles nawet. sorry purysci, ale wciaz podjarka tym albumem nie moze mi zejsc.
nelly to slicznotka, isn’t she? pare lat temu zakochalem sie, jak pierwszy raz zobaczylem klipy do „i’m like a bird” czy „turn off the light”. fajna dziewuszka, choc kompozycje cieniutkie jak sik pajaka. no, moze przesadzam, ale raczej wlatywalo jednym, a wypadalo drugim uchem. potem byla plyta „folklore”, na ktorej nelly zechciala byc ambitna. klapa, rowniez rynkowa. trza byla ratowac sytuacje. i jest to chyba jeden z nielicznych przypadkow, kiedy „sprzedanie sie” wyszlo efektywnie i efektownie (o czym mozemy sie przekonac w ksiazeczce). nie mam nic przeciwko takiemu selloutowi, pod warunkiem ze proces nadzoruje Timbaland.
koles jest geniuszem. niby wiadomo o tym od wielu lat, bo przeciez na rynku jest nie od wczoraj, ale dopiero ostatnimi czasy swiat o tym sie przekonal w pelni. i chociaz np takich the neptunes uwielbiam, to jednak jakos pharrell ze swoim kompanem nigdy nie przekonali mnie pelnowymiarowym wydawnictwem. single spoko, ale na dluzszy dystans to patenty ich moga nudzic. z timbo takich problemow nie ma. warunek ze on tez musi trafic na dobrego wykonawcde, ktoremu moze podlozyc swe bombastyczne podklady. i nie jest to justin timberlake, sorry dziewczyny. nelly, to jest to!
zaczyna sie delikatna gitarka, wchodzi delikatny wokal nelly. to „Afraid”. jakis raper nieznany mi nawinac sie tutaj musial o ksywie Attitude, ale zajebistosci nie psuje. timbalandowy bulgoczacy podklad i sliczniutki wokal nelly w refrenie. swietny opener, a potem jest jeszcze lepiej. „maneater” jeszcze lepiej wypada sluchany na tej plycie niz w mtv. niby muzycznie nie ma absolutnie nic z kawalka hall&oates o tym samym tytule, ale przekozactwo kawalka nelly pozwala mowic o godnym sequelu, takim na 21 wiek. no i to co dzieje sie w zwrotkach, NO JA PIERDOLE. bogini wokalistyki spotkala boga kompozytora, briana wilsona nowych czasow. naprawde, nie wiem kto to powiedzial, ze timbo obnizyl loty. tutaj przynajmniej tego nie slychac.
z timbalandem czasem problem jest taki, ze moglby dac sobie czasem spokoj z wokalnym akompaniamentem. ale „promiscuous” to chlubny wyjatek. kapitalne duo z bohaterka tej plyty. erotyczne rozhulanie, all the hell LOOSE! duzo luzu na tej plycie. niby pop nie powstaje w garazu, ale czasem ma sie wrazenie jakby to wszystko bylo efektem genialnego jam session, gdzie zamiast gitar mamy syntezatory. te wszystkie przejscia miedzy numerami tylko o tym swiadcza. trans, tanczymy, jest pieknie. wlasnie, wspomnialem o syntezatorach? dwa slowa: Promisciuous, refren. UAU UAU UAU!
nie znudziliscie sie jeszcze? to dobrze, bo to dopiero trzeci kawalek na plycie byl. a lacznie jest ich 13 i o kazdym moznaby conajmniej jeden akapit napisac. chcialbym sie zlitowac nad Wami, no ale jak np nie wspomniec o „Glow”. totalne zaprzeczenie tradycyjnego kawalka z listy przebojow, a jednoczesnie chwytliwe to jak diabli. to zawodzenie w refrenie, no absolut. i np klawiszowy smaczek w tle. yeah, to jest plyta dla audiofili. i fanow muzyki, ktorzy lubia, jak w ciagu jednej sekundy dzieje sie pierdyliard rzeczy. tutaj wlasnie tak jest, no ale z tego wlasnie znany jest timbus.
od „showtime” zaczynaja sie spokojniejsze rzeczy. i niestety ciut nudniejsze, takie przywolujace na mysl Folklorystyczne zapedy. jest numer po hiszpansku i po portugalsku, jest duo z niejakim Juanesem. nie jest to zle, ale po, powtorzmy to, genialnym poczatku, to moze byc lekki zawod. no ale za chwile znow wraca Timbaland i znow jest wypasnie. „Say It Right”. chyba wiadomo o co chodzi. totalny dysonans – smutny numer, choc podklad w zaden sposob nieballadowy. takie „heartbeats” knife’ow, tyle ze w swiecie r’n’b. kapitalny beat, ktory boski enrique zajebal do swojego ping pong song i myslal, ze nikt sie nie skuma, heh.
juz niby genialnych numerow sie sporo nazbierala, a tu znow dowalaja nam „do it”. pieprzone lata 80te! madonna w szczytowej formie z numerow „get into the groove” czy „holiday”. nozesz kurwa ja pierdole. wiedzieli jak mnie kupic. sorry ale jesli ktos uzna ze ten kawalek to zwykle popowe gowienko, to ma dwie dupy w miejscu uszu.
o „in god’s hands”, „wait for you” i „somebody to love” moznaby tez sporo napisac, ale i tak juz macie sporo czytania wiec oszczedze. ale o grande finale musze wspomniec, bo to najpiekniejszy fragment plyt. tutaj timbaland laczy sily z chrisem martinem z coldplaya. z zalozenia nie jestem fanem coldplaya, ale musze przyznac, ze „all good things (come to an end)” to jedna z najcudowniejszych rzeczy, do jakich przylozyl reke. autentyk, lzy na polikach i zapisujemy sie do klubu emo, o ile oczywiscie jeszcze w nim nie jestesmy. tym bardziej, ze to subtelna melodia, a nie taki bezlitosny patos typu „apologize”. no i spiewa to nelly, ajj. ze tez dziewczyna musi takie smutne rzeczy spiewac. zajebie tego, kto ja do takich zwierzen sprowokowal.
minus tej plyty? okej, trzeba jakis znalezc. moze taki, ze ponoc „do it” to plagiat? nie, nie ponoc, bo slyszalem oryginal jakiegos finskiego kompozytora i rzeczywiscie jest to w chuj podobne. timbo, nie rob takich rzeczy, a fe!
najlepszy moment: ALL GOOD THINGS (COME TO AN END)
ocena: 8,5/10
