Electric Light Orchestra – Face The Music
rok wydania: 1975 (reedycja: 2006)
wydawca: Legacy
Moi drodzy! Czas do naszego Rage’n’Roll Hall Of Fame wprowadzić nową wybitną jednostkę muzyczną! Przed Państwem, jedyni w swoim rodzaju, Electric Light Orchestra!!
…
Yyyyyy… Electric kto? No fakt, kapela nie ma prawa być znana współczesnym słuchaczom. Ostatni album zarejestrowany w latach 80tych, pomijając króciutki comeback w 2001 roku, którego i tak nikt nie zauważył. Mało kto powołuje się na nich jako inspirację, co może i nie powinno dziwić biorąc pod uwagę to, że rzeczywiście żadnego z ich albumów nie da się zaliczyć do żelaznej klasyki rocka, o klasyce Muzyki jako takiej nawet nie mówiąc. Nie zmienia to jednak faktu, że panowie (a właściwie Jeff Lynne, absolutny mastermind projektu, odpowiadający za cały songwriting, aranże i produkcję) naprodukowali przez prawie dwie dekady istnienia wygenerowali od groma świetnej muzyki, którą musi znać każdy, kto stawia tę dziedzinę sztuki ponad wszystko w świecie. Czyli ja, ty i ty.
Przede wszystkim powinni z ELO zaprzyjaźnić się ci, które za najwybitniejszy zespół ever uznają The Beatles. Tajemnicą poliszynela jest, że Lynne był BARDZO zainspirowany twórczością czwórki z Liverpoolu, co słychać na praktycznie każdym sygnowanym przez niego albumie. Krzywdzącym byłoby jednak uznanie ELO za rip-off The Beatles. Bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że Lynne jak mało kto w muzyce popularnej posiadł zdolność tworzenia tak przepięknych harmonii wokalnych, akordów i aranżacji jak Lennon i spółka. Kto wie, być może gdyby się urodził kilka lat wcześniej w odpowiednim mieście, mówilibyśmy teraz o Fab Five. Dość powiedzieć, że to właśnie Lynne miał zaszczyt wyprodukować oficjalne ostatnie nagranie The Beatles, „Free As A Bird” (a także współpracować przy solowych płytach każdego z muzyków poza Lennonem). Jest to wyróżnienie o tyle, że przecież George Martin w latach 90tych, kiedy spreparowano kawałek, na emeryturze jeszcze nie był.
Omawiany dziś „Face The Music”, choć był już piątym albumem zespołu, uznawany jest za reprezentanta jego wczesnego oblicza. Mniej komercyjnego, rockowego na tyle, że dzięki rozbuchaniu aranżacyjnemu pozwalającego na przyspawanie mu łatki „prog”. Nie za mądre to posunięcie, jako że także tutaj podejście zespołu do materii muzycznej jest wybitnie piosenkowe, a żaden z ośmiu numerów nie przekracza 6 minut. Choć otwierający album „Fire On High” działa w tym kontekście wybitnie zmyłkowo. Czysty instrumental, budujący pojedynczymi chaotycznymi dźwiękami napięcie jak w filmie grozy. Wrażenie potęgowane jest przez wchodzące kolejno partie trademarkowych dla tej kapeli instrumentów smyczkowych (wszak Orchestra w tytule przypadkiem się nie znalazła), potężnej gitary, pompatycznych klawiszy, aż wtem… TA gitara akustyczna! I towarzyszące jej smyki! Bajka, absolutnie przepotężny numer, będący w mojej skromnej opinii nie tylko jednym z najlepszych w repertuarze ELO, ale i w całym progrockowym gatunku. For real.
Pozostała część albumu to już jednak wybitnie poprockowe rzeczy, o ile poprzez poprock rozumiemy np. Supertramp a nie Feel. Z „FTM” jest ciekawa sprawa, bo o ile rzadko kiedy wymienia się go wśród największych osiągnięć zespołu, tak to właśnie tu znalazły się dwie piosenki zaliczane do ich największych singlowych dokonań. Co więcej, akurat ani „Evil Woman”, ani „Strange Magic” (bo o nich oczywiście mowa) nie wywołują tak automatycznych skojarzeń z The Beatles. Pierwszy to classic rock w wersji, nomen omen, light. Drugi mógłby i w sumie znaleźć się w repertuarze (późnych) The Beatles gdyby nie to, że Lennon i spółka nigdy by nie pozwolili sobie na tak skrajnie falsetowe wokale jak te z refrenu „Magii”.
Co poza tym? No niech będzie, że beatlesowanie, choć zaznaczyliśmy, że nie chodzi tu o zadne zżynanie. Ale rzeczywiście trudno nie mieć skojarzeń przy „One Summer Dream (bardziej Lennon z „I’m Only Sleeping”), „Waterfall” (bardziej McCartney, z orkiestracją Martina) czy „Down Home Town” (niby country, ale w sumie bardziej Starr circa „What Goes On”). Wyjątkiem niebeatlesowskim jest najbardziej rockowy tutaj „Poker”. Może też dlatego, że śpiewa tu wyjątkowo basista Kelly Groucutt?
Odnotujmy jeszcze bonusy dorzucone do reedycji. Najciekawiej wypada „Fire On High” we wczesnym alternatywnym mixie. Czyli rozwinięcie pierwszej, eksperymentalnej części znanej nam wersji. Ponadto mix „Evil Woman” bez łagodnego wstępu, singlowa (czyli skrócona) wersja „Strange Magic” i instrumentalna wersja „Waterfall”.
najlepszy moment: FIRE ON HIGH
ocena: 8/10