Sigur Ros – Takk…
wydawca: Geffen
Deszcz pada… To dobry klimat by posłuchać Sigur Rós. Więc z okazji tego, że jestem pizda i nie pojechałem na koncert parę dni temu do Wawy, będzie recka. Nienajświeższego wydawnictwa, ale bardzo sympatycznego.
Wielu się zastanawia czy Sigur Rós to przypadkiem nie ściema. Taka sztuka dla sztuki, emocjonalny produkt. No cóż, ja kupuję ich granie, ale z zastrzeżeniami. Bo tak: „Ágætis Byrjun” to dla mnie jedna z płyt życia. Nic wcześniej ani później nie potrafiło zagrać na moich emocjach jak ten album. W całości, a nie tylko numerami. Myślałem przez długi czas że to tylko sentyment, że wspominki emocjonalnej huśtawki roku 2002. Wielkie miłości, wielkie oczekiwania blablabla. Ale jeśli najbardziej opiniotwórcze media też wychwalają ten album pod niebiosa to może coś jest na rzeczy? Ba, nawet Lars z Metalliki rzecz docenił, a Gwyneth Paltrow słuchała ich jak była w ciąży. Czyż to nie przekonujące?
No ale już np. na sympatycznie zatytułowanym „()” tak fajnie nie było. Nawet najzajebistsze patenty mogą się znudzić kiedy operuje się tylko i wyłącznie nimi. Tym bardziej, jeśli operuje się tymi najbardziej rozmemłanymi. Członkowie SR twierdzą że tak naprawdę chodzi o rockandrolla, a na „()” było go jak na lekarstwo. Żadnego emocjonalnego pieprznięcia, tylko pojękiwania i minimalizm który w godzinnej dawce naprawdę był ciężki do strawienia. W skali świata to może był album na 6,0, ale w sigurrosowej skali to było… No, po prostu oczekiwać można było więcej. I dlatego się ucieszyłem z pojawienia się „Takk…”. Bo to jest właśnie to więcej. Ale też bez zbędnego przesadyzmu.
Przede wszystkim powrócił ten nerw, który znamy z AB. Najlepszy przykład? „Sæglópur”. Na początki dzwoneczki. Od nich nigdy nie stronili, ale tutaj ich party jest zwyczajnie prześliczna. Wchodzi wokal Jónsiego, który wreszcie Śpiewa. A w pewnym momencie wchodzi taka ściana dźwięku, jakby zainspirowany postmetalem wręcz. Takie sigurrosowe „przygrzanie w przester”. Kapitalna perka, no naprawdę kandydat do jednego z najlepszych numerów tego zespołu. Zwraca też uwagę „Gong”, ze względu na ciekawą, synkopowaną perkusję.
Reszta jest już tradycyjniejsza dosyć. Czasem z lepszym efektem („Glósóli”, „Hoppípolla”), czasem gorszym… Trzeba jednak słuchać albumu jako całość, bo wtedy o wiele lepiej wypada.
Cóż, chyba nie udało mi się jednak do końca obronić Sigur Rós jako zespołu z prawdziwie emocjonalną treścią. Z drugiej strony – znam osoby, które wzruszają się przy „Na dobre i na złe”, więc może bez sensu oceniać co wywołuje prawdziwe emocje a co tylko udaje?
najlepszy moment: SAEGLOPUR
ocena: 7,5/10

