Incepcja
reżyseria: Christopher Nolan
Być może to znów wpływ tego nieszczęsnego Lyncha, ale mało co mnie tak fascynuje w w kategorii „człowiek i jego psycha” jak sny. Skąd się biorą? Co oznaczają? Co jedno pytanie z tym związane to bardziej fascynujące, jeśli jednak miałbym wyróżnić jedno to – czy sny można kontrolować? O snach trochę już filmów powstało (poza tymi Lynchowskimi ofkors) – thrillery, horrory, dramaty. Dziś zaś będzie o snach w mniej typowej konwencji, po kina akcji. Enter Christopher Nolan.
O tym, że Nolan umie w Wielkie Kino przekonuje nas od bez mała 20 lat. Ale warto pamiętać że nie zawsze tak było – do dziś nie zapomnę jak ogromne wrażenie wywarł na mnie w gruncie rzeczy kameralny „Memento” z początku 21 wieku. I mam wrażenie, że „Incepcja” to jest taki idealny mariaż późnego, blockbusterowego Nolana z wielowarstwowością znaną z tamtego filmu. Film, który porywa zarówno na poziomie wizualnym, emocjonalnym, jak i przede wszystkim intelektualnym.
Zacznijmy jednak od tego, że ten film dostarcza mnóstwo Frajdy. Bo kto nie lubi obserwować na ekranie paczkę indywidualistów realizujących perfekcyjny Skok? Tutaj o tyle nietypowy, że nie chodzi o obrabowanie kogokolwiek, a, hm, zaszczepienie myśli poprzez wtargnięcie w sen delikwenta. Dokładnie tak, nie musicie czytać drugi raz. Nolan, jak wiemy, bardzo lubi korzystać z wypróbowanych aktorów – i także tutaj mamy konfigurację która już u niego się pojawiała: Michael Caine, Joseph Gordon-Levitt, Tom Hardy czy nieodłączny kompan Cillian Murphy. Stawce przewodzi nowy w tym towarzystwie Leonardo DiCaprio – może nie jest to rola która wejdzie na jego składankę „best of”, ale trzyma to towarzystwo jak i sam film w ryzach. No i dostarcza wraz z absolutnie zjawiskową Marion Cotillard kluczowego dla fabuły wątku emocjonalnego.
To teraz skupmy się na tym co sprawiło, że „Incepcja” to jeden z najlepszych filmów swej dekady. Fabuła. Wieść niesie, iż Nolan pisał scenariusz filmu prawie 10 lat. I cóż, jestem w stanie to zrozumieć. To jest absolutne Mistrzostwo ta cała wielopoziomowość. Te sny w snach. Te reguły „gry” jakie w nich obowiązują. Nie twierdzę że nie ma w całej tej konstrukcji dziur – jestem za głupi by je dostrzec. Ale nawet jeśli są to niech minusy nie przysłonią plusów – choć można postawić tezę, że w sumie każdym filmem Nolan buduje swoistą katedrę, to chyba właśnie w „Incepcji” efekt końcowy dorównał przyświecającym ambicjom. I do tej katedry chce się raz po raz wchodzić – nie tylko dlatego że można za każdym razem dostrzec coś nowego, ale też dlatego że człowiek w tej katedrze dobrze się czuje. Z „Oppenheimerem” miałem podstawowy problem, że jest to film który bardziej wzbudza szacunek i podziw niż zachwyt i sympatię. Z „Incepcją” tego problemu nie ma, tym bohaterom chce się kibicować.
Być może obok „Mrocznego Rycerza” najlepszy Nolan. Ach, a gdyby tak zaszczepić w umyśle Nawrockiego pomysł, by jednak zrezygnować w prezydentury…
najlepszy moment: FINAŁ
ocena: 9,25/10
