rageman.pl
Film

Awans

rok: 1974

reżyseria: Janusz Zaorski

Z jednego festiwalu filmowego na drugi… Zgodnie z zasadą „jeden maraton filmowy na rok”, w kwietniu miałem przyjemność uczestniczyć w Timeless Film Festival. Festiwalu o tyle wyjątkowym – przynajmniej w skali Polski – że pokazujący filmy, jak nazwa wskazuje, ponadczasowe. Kultowe. Kanoniczne. Czyli po prostu – Klasyka Kina. I zamierzam o każdym z obejrzanych filmów tu napisać, także embrace yourself.

Zaczniemy jednak od filmu, który przy najszczerszych chęciach trudno uznać za klasyczny. Bo też Janusza Zaorskiego, choć na pogadance po filmie sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego, trudno stawiać na jednej półce z Wajdą, Hoffmanem czy Bareją. Jasne, zdarzały mu się strzały co najmniej przyzwoite – z okresu dojrzewania w latach 90tych zapadł mi w pamięć „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Ale też wybitny reżyser nie pozwoliłby sobie na taki film jak chociażby „Haker”. Na szczęście omawianemu dziś „Awansowi” bliżej jakością do tego pierwszego filmu.

Być może to zbyt daleko idący wniosek, bo całej twórczości pana Janusza nie znam, ale ewidentnie lubi pochylać się nad konkretnymi wycinkami polskiej społeczności – w przypadku „Awansu” jest to polska wieś. Lubi też w te społeczności rzucać osobę z trochę innego świata, konfrontować dwie różne postawy – tutaj tę rolę spełnia Marian Grzyb (młodziutki Marian Opania), który de facto wraca w rodzinne strony. Ale wraca po pobycie „w świecie”, już z tytułem magistra. I jako ten oświecony ma plan by dać tej społeczności światło. W rozumieniu przenośnym – poprzez prowadzenie lekcji dla najmłodszych oraz podsuwanie książek całej reszcie – ale też jak najbardziej dosłownym. Od pierwszej żarówki, poprzez telewizję, by skończyć na pełnej elektryfikacji. Czy jednak ten postęp, ten tytułowy awans jest tym, czym wieś potrzebuje i czy przede wszystkim tego chce?

Chociaż film jest klasyfikowany jako komedia, to jest to określenie dość mylące – bo prowadzące wprost w objęcia kontrowersyjnego zjawiska o nazwie „komedia polska”. Będąc u rodziny na Wielkanoc, po telewizyjnej emisji pierwszej części „Kogel Mogel” (oczywiście ma ten film swoje wady, ale będę go bronił jako akurat pozytywnego przykładu polskiej komedii), postanowiłem rodzicom odpalić „Awans”, który ktoś wrzucił na YouTube’a. I niestety, o ile na filmie o perypetiach rodziny Wolańskich śmiali się do rozpuku, tak na „Awansie” zapadła grobowa cisza. Czy to jednak źle świadczy o filmie (lub moich rodzicach, którzy nie zrozumieli tego humoru?). Nie, po prostu ten film nie jest do śmiania. Tym bardziej że sam na początku trochę zwodzi widzów – mało kolorów, zupełny brak muzyki, ślimacze tempo, a przede wszystkim dość oschłe dialogi. Dopiero z czasem nastrój się zmienia, ale finalnie „Awans” jest po prostu satyrą – na spotkaniu z reżyserem powiedziane zostało, że „Awans” to jeden z pierwszych filmów o agroturystyce i jest to spostrzeżenie w punkt. Miastowi zachwycają się wsią, ale też wieś zachłystuje się „miastem”. I nikomu na dłuższą metę ten mezalians nie służy.

Film oparto na powieści Edwarda Redlińskiego, który w tym samym roku co „Awans” napisał też „Konopielkę” – także zekranizowaną i chyba z większym powodzeniem niż film Zaorskiego. Ale jeśli ktoś lubi filmy o polskiej wsi to nie szkodzi obejrzeć obu adaptacji.

najlepszy moment: scena z „malarzem” Markiem Perepeczką przewspaniała

ocena: 7,75/10

Leave a Reply