Dawid Podsiadło – Dokumentalny
reżyseria: Tomasz Knittel
Przyznam szczerze, że miałem opory przed napisaniem tej recenzji. Bo czy wypada oceniać rzecz, z którą jest się w jakimś stopniu powiązanym, nawet jeśli nie bezpośrednio? Swego czasu postanowiłem, że nie będę tu recenzować dokonań ludzi których znam osobiście, zwłaszcza jeśli to są bliskie ziomki. Ten blog z założenia opiera się na strumieniu osobistych opinii, rozkmin i refleksji, ale jednak jakieś tam pozory obiektywności staram się zachować, nie chciałbym więc stawać przed wyborem „szczera opinia czy przyjaźń”. Omawiany dziś film to jeszcze inny przypadek, bo związany jest z moim życiem zawodowym. Szczera opinia czy dalsza kariera?
I choć wiem że i tak nie uniknę oskarżeń o koniunkturalizm czy zwykłe lizusostwo, to prawda jest taka, że sami twórcy „Dokumentalnego” ułatwili mi robotę. Bo powiedzmy sobie wprost – tu nikt nie celował w wybitność, choć nie jest to też zwykły produkt marketingowy. To przede wszystkim prezent dla fanów i pamiątka historycznego wydarzenia, dla samego Artysty ale też dla całej branży rozrywkowej w Polsce.
Można Dawida Podsiadło lubić lub nie (liczby sprzedaży muzyki oraz biletów na koncerty wskazują że więcej jest tych lubiących), ale myślę że absolutnie każdy przyzna, że ta kariera prowadzona jest wzorcowo. Mówię tu nie tylko o coraz większej popularności, bez choćby chwilowej zadyszki czy kryzysu. Mało jest artystów w Polsce, którzy mając tak mainstreamowym impakt wciąż można ich nazwać artystami premium. Może za granicą to jest bardziej oczywiste, ale w Polsce już niekoniecznie. Bo długo u nas w parze z masową popularnością szła przaśność – jeśli nie stricte disco polowa, to na granicy. Dopiero dość niedawno to się zmieniło – i właśnie za sprawą Dawida P.
Bo tak, Podsiadło współpracuje z różnymi markami. Ale żadna z tych współprac nie nadszarpnęła wizerunku Dawida, nie kazała się zastanowić czy przypadkiem nie chwyta się już wszystkiego. Zamiast tego mamy niekonwencjonalne pomysły, poszerzanie granic zarówno marketingu muzycznego, jak i też prezentacji koncertowej. Tu dochodzimy wreszcie do tematyki „Dokumentalnego” – to zapis trasy koncertowej z 2024 roku, podczas której Dawid wystąpił na stadionach czterech największych (poza Warszawą) miast Polski. Co należy podkreślić, były to koncerty w formacie 360 stopni – więc nie tylko było to max widowiskowe, ale też pozwalało pomieścić maksymalną liczbę ludzi na stadionach. A że w większości z tych miast Dawid wystąpił dwukrotnie, to spokojnie można mówić o rekordach nie tylko jeśli chodzi o artystów polskich, ale też światowych, którzy mieli okazję wystąpić nad Wisłą.
Parafrazując klasyka – „wielkie przedsięwzięcia wymagają wielkiego nakładu pracy”. I w tym osobiście upatruję największy walor dzieła Tomasza Knittela – w możliwości zobaczenia całego projektu od kuchni. W mozliwości naocznego przekonania się, ile przygotowań (czy mówiąc dosadniej – zapierdolu), stresu (ktoś mógłby pomyśleć że Dawida już takie występy stadionowe nie ruszają – nic bardziej mylnego), a przede wszystkim Czujności wymagają takie projekty. Zanim zakotwiczyłem zawodowo w branży muzycznej miałem okazję liznąć pracy w eventach – i była to prawdziwa próba charakteru, jeśli chodzi o kontrolę tego co się dzieje i umiejętności reagowania w sytuacjach kryzysowych. A w przypadku trasy Dawida mówimy o czymś pierdyliardy razy większym, bardziej skomplikowanym. Przy czym jak się okazuje, praktycznie każdy koncert był powiązany z jakimś fakapem – a to pogoda psikusa sprawiła, a to muzyk się rozchorował, innym razem zniknął… latający delfin, od jakiegoś czasu nieodłączny element koncertów Dawida. Czy dramatyzm tych sytuacji jest podkręcony bardziej niż powinien? Być może. Ale też nic nie zostało tu wymyślone, przekoloryzowane. To uczciwy zapis tego co się działo. Co jedni docenią, inny uznają za nudy, jeśli nie rozczarowanie.
Na pewno też rozczarowani będą ci, co oczekiwali dokumentu na miarę filmów o Amy Winehouse czy Kurcie Cobainie. To nigdy nie mógł być tego typu dokument, z prostej przyczyny – Podsiadło to nie jest żadna postać tragiczna, którego upadku jesteśmy naocznymi świadkami. Ale też dlatego, że DP nigdy by na taki film nie pozwolił. Tu dochodzimy do kolejnego aspektu wzorcowego prowadzenia kariery przez autora „Małomiasteczkowego” – mało jest takich artystów (także w skali globalnej), o których przy tak gigantycznej popularności wiadomo tak niewiele. Tak, można tu zobaczyć kim jest i jaki jest. Nie ma tu jednak choćby najmniejszego pierwiastka „pudelkowości”. Żadnych opowieści o dzieciństwie, związkach, beefach, nic. I jestem zdania, że w dobie wywlekania wszystkiego na social mediowy stół i ścigania się w coraz to głupszych talent show’ach jest to postawa, która zasługuje wyłącznie na uznanie.
Jak zostało wspomniane – nie jest to dzieło kanoniczne, ani w Podsiadło-versum, a tym bardziej dla polskiego filmu dokumentalnego. Ale jeśli ktoś chce zrozumieć fenomen Podsiadło-artysty, to najlepsza rzecz ku temu. Na teraz, ale być może już na zawsze.
najlepszy moment: głupio wyróżniać fragment którego akurat Dawid nie jest głównym bohaterem, ale jeśli kogoś nie rusza cały Stadion Śląski śpiewający „Długość Dźwięku Samotności” to ma kamień nie serce
ocena: 7,75/10
