rageman.pl
Muzyka

Electric Light Orchestra – The Night The Light Went On In Long Beach

rok wydania: 1974 (reedycja: 1998)

wydawca: Epic

 

Kończymy nasz mini-przegląd dyskografii ELO suplementem w postaci albumu koncertowego.

Nieraz podkreślałem, że nie jestem specjalnym fanem tego typu wydawnictw, będących (poza wyjątkami) dość marną namiastką prawdziwego koncertu, odbieranego każdym zmysłem. Pół biedy gdy jest jeszcze obraz video, ale na samo audio mam chyba po prostu za małą wyobraźnię.

Jeszcze gorzej sprawa się prezentuje w przypadku takich zespołów jak Electric Light Orchestra, którego lider nigdy nie ukrywał, że zdecydowanie bardziej preferuje pracę w studiu nagraniowym aniżeli na koncercie. Nie aby ELO było złym koncertowym zespołem – wręcz przeciwnie. Tyle że po pierwsze – obcując z CD nie uświadczymy rozmachu, jaki towarzyszył koncertom ELO w postaci pirotechniki, kosmicznych elementów itp, które to przebijały niejeden progrockowy zespół. Po drugie – „The Night…” portretuje pierwsze lata istnienia zespołu, kiedy największe hity i najwyższa forma sceniczna była przed nimi.

Jasne, ktoś może wskazać za plus dokumentację tego pierwszego etapu działalności ELO, mającego silne znamiona progresywnorockowe. Tyle że.. tej progresywności aż tak tu nie słychać, mimo iż wciąż w tourbandzie obecni byli muzycy odpowiedzialni za instrumenty smyczkowe. „1053 Overture” czy „Showdown”, wyjęte z pierwszych płyt ekipy Lynne’a, w tym wykonaniu urzekają przede wszystkim melodiami, a nie rozbuchaniem aranżacyjnym.

Najbardziej wyrazisty wniosek jaki nasuwa ten album to taki, że lider ELO jest nie tylko wybitnym kompozytorem, ale całkiem niezłym interpretatorem cudzej twórczości. Dość powiedzieć, że na 7 zawartych tu utworów równo 50% to cudzesy (solówka Kaminskiego przed evergreenowym „Orange Blossom Special” potraktowano jako osobną kompozycję z własnym tytułem „Mik’s Solo”). I to chyba one najciekawiej tu wypadają. Przede wszystkim bombastyczny, ponad ośmiominutowy „In The Hall Of The Mountain King”, przechodzący w… „Great Balls Of Fire” Jerry Lee Lewisa. Rockandrollowy wątek zainicjowany w ten sposób jest podtrzymany przez „Roll Over Beethoven” (poprzedzony cytatem wiadomego kompozytora) Chucka Berry’ego. Nie zabrakło oczywiście też The Beatles – chociaż akurat po takim ekspercie od Fab Four jak Lynne spodziewałem się ciut lepszego wykonania „Day Tripper”.

Tym razem wydawca nie dorzucił żadnych bonusów. Może uznał, że sam fakt wydania „The Night…” (album miał dość skomplikowane perypetie fonograficzne – dźwięk na pierwszych wydaniach był tak parszywy, że ukazały się tylko w wybranych krajach) na CD z poprawionym brzmieniem powinien wystarczyć…

 

najlepszy moment: IN THE HALL OF THE MOUNTAIN KING / GREAT BALLS OF FIRE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply