Leonard Cohen – I’m Your Man
rok wydania: 1988
wydawca: Columbia
Jak bumerang wraca Cohen na tego bloga. Uzupełniamy omówienie jego dyskografii o kolejną pozycję.
Jak pamiętamy, „Various Positions” było świadectwem niemal pełnej asymilacji z estetyką lat 80tych. Oczywiście mowa wyłącznie o muzyce – w kwestii wizerunku Leo pozostał przy typowej dla siebie elegancji. I choć płyta zawierała kilka cudownych momentów („Hallelujah”, „If It Be Your Will”), album bronił się średnio jako całość, rażąc kiczowatymi aranżacjami pogrążających potencjał skądinąd świetnych (jak zwykle) melodii. W tym kontekście wydany cztery lata później „I’m Your Man” jawi się jako czystej krwi paradoks. Niby brzmienie jest jeszcze bardziej przyjazne bywalcom festiwali typu San Remo czy Sopot, a jednak słucha się tego całkiem świetnie.
Kiedy włoży się płytę do odtwarzacza, witające nas dźwięki wywołują taki brainfuck że być może nawet byłyby szanse dostać zwrot kasy u sprzedawcy albumu. Niby napis na krążku mówi jasno jak byk – Leonard Cohen, ale tu przecież jakiś Prince leci. Dopiero wejście wokalu wyjaśnia sprawę, bo autor „Purple Rain” nigdy by takiego dołu w głosie nie uzyskał. Wyjaśnia, ale nie uspokaja. Bo czy ktokolwiek przypuszczał przed wydaniem tej płyty, że do Cohena da się zatańczyć? A do „First We Take Manhattan” owszem, da się zatańczyć. Bass buja jak oszalały, synthy oślepiają mocniej niż dyskotekowa kula, a żeński chórek rodzi podejrzenia, czy przypadkiem Cohen nie wymieszał kwasa z odsłuchem „I’m So Excited”.
Dopiero przy drugim „Ain’t No Cure For Love”, zaczynającym się saxofonem rodem z najwybitniejszych dzieł ultrasmoothjazzu jest czas by pozbierawszy zęby z podłogi móc powiedzieć „Ej, to je dobre! To mnie się podoba!”. Jasne, nie zagalopowujmy się jak Cohen przy aranżowaniu tych tracków, do pierwszych płyt Kanadyjczyka ten album nie ma startu. Ale melodie nie gryzą się tak z aranżem jak na poprzedniczce, nawet jeśli „Live In London” pokazał, że można te piosenki podać na inny, bardziej „klasyczny” sposób.
Co jednak stanowi największy walor tej płyty – w jakimkolwiek stopniu by te aranżacje nie były szokujące, a dziś momentami trącące myszką, jedno im trzeba przyznać – dzieje się w nich dużo. Co oczywiste w kontekście twórczości Cohena przecież nie jest. Czy będzie to to duet synthowych szarpnięć z akustyczną („grecką”) gitarą w „Everybody Knows”, czy, nomen omen, walczykowaty „Take This Waltz”, „I Can’t Forget” z rytmiką kojarzącą się z… „I Just Called To Say I Love You”, czy nawet trochę jednak zbyt kiczowaty „Jazz Police” – wszystkie te zabiegi umuzyczniają poezję Cohena jak nigdy wcześniej, a być może nawet i później. „Piosenki” stały się najprawdziwszymi Piosenkami. A utwór tytułowy, w zestawieniu z innymi jego singlami rażący dansingowością, tu wypada cokolwiek dostojnie!
Leonard Cohen w zdecydowanie najprzystępniejszej, a przy tym artystycznie „akceptowalnej” formie. Świetny album, choć może nie aż tak jak zdjęcie z okładki. Bossostwo 1000%.
najlepszy moment: I’M YOUR MAN
ocena: 8/10