rageman.pl
Muzyka

Tool – Lateralus

Tool_-_Lateralusrok wydania: 2001

wydawca: Zoo Entertainment

 

… no dobra, wracam jednak, by dokończyć opowiadanko o Toolu.

Oj, kazali na siebie poczekać. Ale jak dojebali comeback to aż wióry poleciały.

Pierwszy numer „The Grudge” i szok. Bo znów zmiany. Owszem, jest skomplikowanie, jest progresywnie, metrum szaleje jak pojebane. Ale brzmi to inaczej, choć producent ten sam. Brzmi tak… czyściej. To już nie jest tak napaćkana efektami, rozmemłana produkcja „Aenimy”. Niby nie minimalizm, ale ma się wrażenie, jakby w produkcji kierowali się zasadą „mniej znaczy więcej”. Oczywiście nie dotyczy to samych kompozycji. Tu jest po staremu. Czyli pomysłowość, którą mogliby obdzielić pół progmetalowej sceny.

„The Grudge” to chyba jednak przede wszystkim skojarzenie z koncertem w Hali Mery w 2001 roku. Ah, co to były za czasy. Zaremba czekał pod wejściem pół dnia, Cheda gadała z Gaylordem, a Witek byl metalem. Dla wszystkich serdeczne buziaki. Przede wszystkim zaś… początek koncertu, „The Grudge” właśnie. Mejnard stoi na podeście odwrócony tyłem. Na telebimie jakieś szaleństwo. W pewnym momencie pan wokalista się odwraca, wirując jak jakiś pierdolony szaman, „Wear the grudge like a crown”, perkusja Danny’ego… Kurwa, 7 lat później wspominam to z takimi samymi emocjami. Gdybym miał wybrać jakiś moment w czasie, do którego mógłbym się cofnąć, to chyba właśnie do tych 8 minut w Warszawie.

No, ale wracając do płyty. „Schism”, chyba drugi po „Soberze” w skali popularności. A może i pierwszy? Też smutnawa w nastroju sprawa, choć audiofilom będzie się raczej cieszyć gęba słuchając metrum tego numeru… „I know the pieces fit”, ah tak, brało się ten tekst do serca.

Co jeszcze? „Ticks & Leeches”, z takim agresywnym rozpierdolem w finale, że aż boli. A zaraz potem utwór tytułowy… hej, pamietacie rageman.blog.pl i muzyczkę w tle? Słodko było. Jedna z najśliczniejszych partii gitar ever. A tuż po nim „Disposition”. Taki sobie ślicznie płynący… Ah. Brak słów.

I wszystko byłoby fajnie z tą płytą gdyby nie pewna rzecz…

Otóż na tej płycie Tool stał się Największym Rockowym Zespołem Świata. Niby brzmi dumnie, ale jednak nie sposób skwitować tego złośliwym uśmieszkiem. Bo najgorsze co zespół może zrobić to nie tylko być, ale i zachowywać się jak Największy Zespół Rockowy Świata. Dobrze, że nie przekroczyli granicy żenady puszczając na koncertach balonowe świnie w powietrze. Niemniej tutaj już humoru z poprzednich płyt jak na lekarstwo. I te teksty Maynarda… już na poprzedniej płycie bywało Mistycznie, ale jakiś wyczuwalny dystans był. Tutaj już tak nie baudzo. Może i „Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków” to to nie jest, ale… po raz pierwszy można było mieć wątpliwości, czy aby na pewno spoko jest przynależeć do Sekty Tool. Cóż, tak jak z, nie mieszając sacrum z profanum, Religią jaką taką. Albo jesteś fundamentalistą i nie widzisz świata dookoła, licząc czy sylaby w „Lateralusie” naprawdę składają się na jakiś pojebany matematyczny ciąg. Albo podchodzisz do sprawy na luzie, wyciągajac tylko to co ci do życia potrzebne. Ja tam pierdolę teksty, sam music is fun.

 

najlepszy numer: LATERALUS

ocena: 9,5/10

Leave a Reply