Armand
reżyseria: Halfdan Ullmann Tøndel
Norwegia. Jak reszta krajów skandynawskich, miejsce idealne do życia – zwłaszcza dla tych o lewicowych/progresywnych poglądach. Wprawdzie przesadą byłoby posądzać reżysera „Armanda” o prawicowe poglądy na podstawie samego tego filmu, niemniej trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś tu trochę wsadził kij w szprychy.
Ale od początku. Wbrew pozorom głównym bohaterem filmu jest nie sześcioletni chłopiec Armand, a jego matka, która zostaje wezwana do szkoły ze względu na „incydent” jaki zaszedł między nim oraz innym chłopcem. Na miejscu konfrontuje się z rodzicami owego drugiego chłopca oraz reprezentantami kadry pedagogicznej. Mogłoby się wydawać, że jest to zderzenie przynajmniej dwóch różnych światów: Elizabeth, samotnie wychowująca Armanda, to pewna siebie kobieta która, jak przystało na zawodową aktorkę, wyraża emocje w dość ekspresyjny i wyzwolony sposób. Jest wręcz wszystkim tym, kim nie są jej oponenci, Sarah i Anders – małżeństwo do bólu normalne, wręcz nudne. Jak się jednak okazuje z czasem, wątków łączących całą trójkę jest znacznie więcej niż konflikt ich synów. I jak można się domyśleć, nasze postrzeganie każdego z nich zmieni się w trakcie seansu dość znacząco.
W te pierwszej części film gra niemal perfekcyjnie, na każdej niemal płaszczyźnie. Jako rasowy thriller, w którym razem z bohaterami próbujemy dociec do czego tak naprawdę doszło między chłopcami. Jako komentarz społeczny, pokazujący jak toksycznym środowiskiem potrafi być szkoła podstawowa (czy też szkoła jako taka) – nie tylko w relacjach uczeń-nauczyciel czy też między samymi uczniami (jeśli jest okres w moim życiu do którego nigdy bym nie chciał wrócić to jest nim właśnie podstawówka), ale też nauczyciele-rodzice. Last but not least, jest to też swoista polemika z kierunkiem, jaki obrała norweska edukacja. Będący sędziami w sprawie nauczyciele i dyrektor tak bardzo chcą być empatyczni, obiektywni, nie wydający pochopnych wniosków, nieoceniający, że w pewnym momencie nabiera to wręcz groteskowego, czy nawet komediowego wymiaru (scena z krwią lecącą z nosa jednej z nauczycielek). Nawet jeśli można polemizować z intencjami reżysera w tej kwestii to nie da się zaprzeczyć, że przynajmniej jest to jakieś.
Ale im dalej w ten las, tym zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Krytycy doszukują się tu winy rodowodu reżysera – w końcu mówimy tu o wnuku Ingmara Bergmana. Będę zupełnie szczery, niespecjalnie biegły jestem w twórczości tej legendy kina, więc nie oceniam na ile mają w tym rację. Ponieważ ja widzę wszędzie Lyncha, także widzę i tutaj. „To źle?” – zapyta ktoś. „Przecież uwielbiasz takie klimaty”. Niby tak, dlatego nie jestem aż tak krytyczny wobec rozwiązań jakie zastosował Tondel. Faktem jest jednak, że symbolika w której zaczyna się taplać jest tak pretensjonalna że sabotuje wszystko to, co udało się zbudować przez pierwsze kwadranse. I tak na dobrą sprawę nie rozlatuje się to tylko za sprawą kręgosłupa filmu, jakim jest Renate Reinsve w roli matki Armanda. Scena z wybuchem śmiechu to jest jedna z najlepszych aktorsko rzeczy, jakie widziałem w kinie ostatnimi czasy. Reinsve już buduje międzynarodową pozycję i nawet jeśli zapewne żadnej Oscarowej nominacji za „Armanda” nie zgarnie (chociaż kto wie?), to na pewno znacznie zapunktowała u Akademii na przyszłość.
Zatem – oglądać czy nie oglądać? Cóż, ja widzę tę szklankę do połowy pełną, stąd taka a nie inna ocena. Ale jestem w stanie zrozumieć opinie na Nie.
najlepszy moment: ŚMIECH
ocena: 8,5/10
