Isabel LaRosa
kto: Isabel LaRosa, Thomas LaRosa
Zacznę mocno offtopicowo, ale trudno egzystować i pisać sobie beztrosko o muzyczce i filmach, kiedy w Stanach odpie*dalają się takie cuda. Zatem powiem tak – może i żyjemy w trudnych czasach, by nie rzec ch*jowych. Ale jeśli chodzi o branżę koncertową to mam wrażenie że dawno nie było tak dobrze. No bo sięgnijcie pamięcią kilka lat wstecz, do czasów początku koronawirusa. Pamiętam narrację tamtego czasu – że lockdown ostatecznie pogrzebie koncerty, że wszystko się przeniesie do internetów, w tym także artyści wykonujący piosenki na żywo. I co? Nikt tego nie oglądał, wszyscy cierpliwie czekali aż się znów kluby i areny otworzą. Ba, powiem nawet więcej – mam wrażenie że jest nawet lepiej niż przed lockdownem!
Bo jestem sobie na takim koncercie w Niebie, klubie średniej wielkości, choć bardzo ładnym i fajnie zorganizowanym, zdecydowanie nie pachnącym amatorszczyzną. Koncert ma ogłoszony sold out i chociaż ścisku nie ma, to zdecydowanie żadna przestrzeń nie świeci pustką – żaden Janusz koncertowego biznesu na szczęście nie uznał, że zapakuje ludzi jak sardynki w puszce, byleby zarobić jak najwięcej. W przejściu na salę główną stoi oblegane stoisko z merchem. Na scenie gra już support, zresztą brat gwiazdy wieczoru, którą będzie wspomagać na gitarze – dodajmy, że publika przyjęła Thomasa nad wyraz ciepło, śpiewając razem z nim te alt/darkpopowe piosenki. Zdecydowanie dobrze przygotował ludzi na to, co miało się dziać od 21.00.
A mówimy przecież o dziewczynie, która swój debiutancki singiel wydała trochę ponad trzy lata temu. Która wciąż jest przed oficjalnym albumowym debiutem – inna sprawa, że Isabel reprezentuje pokolenie artystów ukształtowanych w erze streamingu i playlist, którzy zupełnie nie darzą formatu albumowego taką estymą jak my kiedyś. Która też wciąż czeka na Hit, który pozwoli Jej wspiąć się na wyższy poziom. Chociaż mówimy o dziewczynie, która już ma 15 milionów miesięcznych słuchaczy na Spotify, a odtworzenia Jej utworów są liczone w setkach milionów. Taka Tate McRae jeszcze dwa lata temu grała w studenckiej Proximie, a zaczynała znacznie wcześniej od Isabel.
Nieprzypadkowo przywołałem tu nazwisko autorki „greedy”, bo z kilku powodów Isabel jawi mi się trochę niczym młodsza siostra Kanadyjki. Można rzec, że Isabel jest w aktualnie w tym punkcie kariery, w którym była Tate za czasów „you broke me first”. Czyli duża popularność w świecie cyfrowym poparta konkretnymi liczbami, ale jeszcze bez przełożenia na rozpoznawalność w świecie casualowych słuchaczy. Na pewno wynika to z tego, że w obu przypadkach – Isabel obecnej i Tate kiedyś – jest to pop dość nieoczywisty. Ciśnie się na klawiaturę alt pop, ale to prawie jak pop alternatywny – szufladka do której są wrzucani wszyscy artyści z Męskiego Grania, z którym Tate i Isabel nie mają nic wspólnego. To pop spokojny, zmysłowy, melancholijny, w przypadku Isabel – zwłaszcza za sprawą gitary wspomnianego już jej brata – też dość mroczny. Najbliżej tego bardziej komercyjnego oblicza popu Isabel znalazła się w podbitym latino wibracją „favorite”, zresztą moim zdaniem najlepszym w Jej repertuarze – biorąc pod uwagę, że nim zakończyła koncert, to chyba to jest też Jej, nomen omen, faworyt.
A co wcześniej? Godzina koncertu, w którym zmieściła prawie 20 utworów! A to nawet nie tak, że spreparowała jakiś medley czy poskracała utwory. To też swoją drogą znak czasu – dziś utwór dwuminutowy to nawet nie żaden radio edit, a zwyczajna norma. Można oczywiście podejrzewać, że artyści sami siebie skracają, by tylko lepiej wypaść w algorytmach. Ale, choć sam żem wychowany na Toolu, to muszę uczciwie przyznać że jako osoba mająca dość spory problem z koncentracją nie mam zupełnie z tym problemu. Lubię konkret, a piosenki Isabel są dokładnie takim konkretem, z szybko przelatującym schematem zwrotka-refren-zwrotka-refren. Dodajmy przy tym, że w tej godzinie zmieściła też interakcję z publiką. Owszem, żaden to poziom Freddiego Mercury’ego, ale były i anegdoty, ogłoszenie platynowej płyty za singiel „i’m yours” (o której dowiedziała się tuż przed koncertem), a przede wszystkim wyrazy wdzięczności dla publiki.
Bardzo uzasadnione zresztą. Owszem, to pokolenie trochę inaczej przeżywa muzykę. Z nieodłącznym smartfonem, gdzie fokus jest nie tylko na artystę, ale też w sporej mierze na własną osobę – dziś to całkiem normalne, że fotorelacja z koncertu to w połowie selfiaki. Czy to źle? Absolutnie nie – bo koniec końców najważniejsze jest że na te koncerty chodzą. Że dziś organizacja koncertu debiutanta – tak zagranicznego jak i polskiego – to nie jest samobójcza misja idealistów. Że nawet jeśli cały ten rytuał koncertowy mocno się skomercjalizował, a sztuka weszła w symbiozę z biznesem. To może to lepiej niż koncerty dla nikogo, z bookerami zawijającymi interes i zespołami grającymi za piwo?
Rozpisałem się. A chciałem tylko powiedzieć, że to naprawdę sympatyczny koncert był.
najlepszy moment: FAVORITE
ocena: 7,25/10
