In Memoriam: Quincy Jones (14.03.1933-03.11.2024)
Ten dzień musiał w końcu nastąpić. Co nie zmienia faktu, że boli strasznie.
Wszak mówimy o człowieku, o którym można powiedzieć bez jakiejkolwiek przesady, że nadał brzmienie muzyce popularnej. A już na pewno tej wywodzącej się z kultury czarnoskórej. Jazz, soul, R&B, hip-hop – na każdym z tych gatunków Quincy Jones odcisnął piętno, współpracując z najwybitniejszymi jego reprezentantami. Co łączy Louisa Armstronga, Franka Sinatrę, Michaela Jacksona i Ushera? Z wszystkimi nimi Quincy Jones spotkał się w studiu nagraniowym. Jak widać zatem, historia muzyki to też w sporej mierze historia tego człowieka. Ale to także kawał historii filmu – z jego usług korzystali tacy twórcy jak Sydney Pollack, Sidney Lumet czy Steven Spielberg. On także wyprodukował jedną z najważniejszych piosenek lat nie tylko lat 80-tych, czyli „We Are The World”. A jakby tych zasług na polu muzyki, filmu i humanitaryzmu było mało, to dodajmy jeszcze fun fact: jedną z jego żon była nieodżałowana Peggy Lipton, czyli Norma Jennings z „Twin Peaks”, a relacja ta zaowocowała narodzinami jednej z najpiękniejszych kobiet na Ziemi, Rashidy Jones (m.in. „The Office”).
Nie będę ukrywał, ta śmierć dotyka mnie też na gruncie bardziej personalnym. W życiu miałem tylko jednego idola jeśli chodzi o świat muzyki – był nim Michael Jackson. Za dzieciaka katowałem te piosenki non stop – przede wszystkim „Bad”, „Thriller” i „Off The Wall” (wszystkie trzy produkowane przez Q) pojawiły się trochę później. I jakkolwiek by nie oceniać postać MJ, o twórczości z tego okresu nie da się mówić inaczej niż jak o popowych arcydziełach. I to w sporej mierze także zasługa QJ. Ale jego geniusz wybrzmiewał w moim domy rodzinnym nie tylko za sprawą płyt Jacko. Jego solowa płyta z 1989, „Back on The Block”, to jest jeden ze szczytów audiofilskiego brzmienia, o czym się przekonywałem za każdym razem kiedy Tata odpalał ten krążek – a robił to prawie codziennie. Perkusyjne wejście w tytułowym utworze zdefiniował ścieżkę dźwiękową mojego dzieciństwa nawet bardziej niż melodie z „Teleranka”, „Bolka i Lolka” czy „Reksia”. Na tej muzyce się chowałem, ona spowodowała że jestem tu gdzie jestem.
Słowo „Legenda” ostatnimi czasy stało się dość wyświechtane. Ale w przypadku Quincy Jonesa to słowo nawet nie wyczerpuje nawet częściowo tematu. Muzyka pop straciła jednego z ojców założycieli.