girl in red
kto: girl in red, Nieve Ella
Koncertową jesień czas rozpoczać.
Przypuszczam, że istnieje spora grupa osób, którym nazwa Girl in Red – bo pod takim pseudonimem skrywa się Norweżka Marie Ulven – powie niewiele, ale już jej viralowy hit „we fell in love in october” jak najbardziej skojarzą. Jak się okazało, są też wśród nich moi znajomi, którzy niekoniecznie byli skorzy ruszyć się z domu w środowy wieczór by usłyszeć jeden utwór. Zatem kiedy zmierzałem w kierunku Torwaru zastanawiałem się, czy przypadkiem organizator (Live Nation) nie przestrzelił trochę z wyborem obiektu.
Cóż, muszę posypać głowę popiołem, bo znów nie doceniłem siły publiki, która w sporej mierze rezyduje poza moją bańką społeczną i muzyczną. Może nie było ludzi po sam korek, ale gdyby ktoś mi powiedział że koncert był sold outem to nie wchodziłbym w polemikę. I na pewno nie byłby to ściemniony soldout jak lata temu na Hurt, gdzie scenę postawili na połowie płyty. Po raz kolejny okazało się, że brak obecności na listach sprzedaży czy w mediach o niczym zupełnie nie świadczy. Podobne odczucia miałem na koncercie Luke’a Hemmingsa, zresztą także na Torwarze. Przywołuję tu postać niegdysiejszego lidera 5 Seconds of Summer, ponieważ mam podejrzenie, że jego fanbaza i fanbaza Girl in Red w sporej mierze się pokrywają. Nie bójmy się tego słowa użyć, a przy tym powstrzymajmy się od podśmiechujek: jesieniary. Jesieniary, którym gitary nie przeszkadzają, chociaż niekoniecznie opisałyby siebie jako fanki rocka czy alternatywy. Chociaż kto wie, czy sytuacja się nie zmieni za ileś lat i te same dziewczynki które teraz zachwycają się popełnioną prze girl in red przeróbką Talking Heads („Girlfriend Is Better” – swoją drogą wybór idealnie wtapiający się w LGBT-owe uniwersum Norweżki) za ileś lat sięgną po oryginalne wersje przebojów ekipy Byrne’a czy The Smiths. Nie jest tajemnicą, e spora część dzisiejszych fanów metalu też zaczynała od Linkin Park chociażby. W muzyce potrzebujemy entry pointów.
Inna sprawa, że girl in red, niezależnie od tego czy jest to pop, rock, indie czy jeszcze co innego – to jest po prostu kawał fajnej, szczerej muzyki. Żaden tam industry plant, nawet jeśli jej ścieżka kariery jest wybitnie symptomatyczny dla dzisiejszych czasów (czyli w skrócie – wszystko zaczęło się od TikToka), to jest to ścieżka którą podąża uczciwie. Zresztą dopiero przy drugiej płycie, wydanej w kwietniu „I’M DOING IT AGAIN BABY!” podpisała się z majorsem. Ewidentnie jest więc na fali wznoszącej i wierzę, że może Narodowy jest poza zasięgiem, to na pewno wyprzedany Torwar to nie jest jeszcze jej max możliwości.
Co ciekawe, repertuar ze wspomnianego nowego albumu wcale nie zdominował setlisty. A szkoda, bo to jeden z moich ulubionych longów tego roku, nawet jeśli rzeczywiście trochę bardziej komercyjnie brzmiący. Na szczęście wyłuskała z niego to co najlepsze – czyli otwierający koncert utwór (prawie) tytułowy, cudownie bajkowy „I’m back” czy „Phantom Pain”, w którym wykorzystała możliwości scenografii – dodajmy że dosyć osobliwej w kształtach i kolorystyce. Wprawdzie był ekran na wizualki, schodki i podesty oraz reszta standardów koncertowych, to całość wyglądała jak żywcem wyjęta z „Alicji w Krainie Czarów”. Chociaż być może bardziej słuszne byłoby skojarzenie z przytulnym pokojem w środku sezonu jesień/zima, najlepiej gdzieś w Skandynawii.
Oczywiście „we fell in love in october” też było, i o dziwo wcale nie na koniec koncertu (bisów zabrakło). Było też mnóstwo pogadanek, a capella wykon Jojo Siwy (!), oznaki miłości dla osób LGBT i propsy dla polskiego jedzenia. Dodajmy też jeszcze wyjątkowo dobry, jak najbardziej gitarowy support w osobie Nieve Ella, bardzo przyzwoite brzmienie całego składu i wychodzi nam że naprawdę wszystkie „checkpointy” Udanego Koncertu zostały spełnione. Koncertu, który gdyby – wiem że to będzie nomen omen suche porownanie – miał być napojem, byłby bez wątpienia kubkiem gorącej owocowej herbaty.
najlepszy moment: I’M BACK
ocena: 7,75/10
