Xzibit
kto: Xzibit, DJ Feel-X
Są koncerty, na które chodzi się aby trzymać rękę na pulsie współczesnej muzyki popularnej. Takim koncertem był np. występ girl in red, o którym pisałem kilka dni temu. Ale są też koncerty wykonawców, którzy swój prime time mają ewidentnie za sobą, ale zupełnie w niczym to nie przeszkadza – bo chodzi o to, żeby ich po prostu zobaczyć na żywo, tych, na których muzyce się chowałeś/aś. Chodzące legendy, jeszcze żyjące, a dopóki wciąż występujące to trzeba korzystać z każdej nadarzającej się okazji do ich zobaczenia. Wczorajszy show Xzibita był najlepszym przykładem tego typu koncertu.
Nie ma co ukrywać – niegdysiejszy gospodarz kultowego już programu „Pimp My Ride” już nie gra w tej samej lidze co inni jego koledzy z Zachodniego Wybrzeża, jak Snoop Dogg, Dr Dre czy nawet Ice Cube. Jego kariera wyhamowała de facto już w pierwszej dekadzie XXI wieku, czyli prawie 20 lat temu, i trudno przypuszczać, by zapowiadany nowy album – pierwszy od 12 lat i wydawany niezależnie – miał ten stan rzeczy zmienić. Ale może i dzięki temu miałem szansę zobaczyć go na żywo zaledwie kilka przystanków tramwajem od mojego domu.
Sama publiczność zgromadzona w Progresji sporo mówiła o punkcie, w którym dziś znajduje się Xzibit – myślę że spokojnie można by założyć, że średnia wieku to było jakieś +/- 40 lat. Być może byłem jedną z nielicznych, jeśli nie jedyną, osób, które dwa dni wcześniej uczestniczyły w koncercie Sobla na Torwarze (swoją drogą ciekawych czasów dożyliśmy, że rodzimy raper jest w stanie wyprzedać większy obiekt koncertowy niż ziomek Eminema i gwiazdor MTV). To była jedna wielka podróż w przeszłość, począwszy od seta rozgrzewającego publikę DJ Feel-X’a (samemu będącego przecież legendą polskiego rapu lat 90-tych).Koszykarskie ciuchy, „skarpety” na głowie, łańcuchy – znów można było poczuć się jak w 2000 roku. I żeby nie było, nie ma w tym absolutnie żadnej szydery – podziwiam tę konsekwencję w gustach, tak muzycznych jak i ubiorowych. Zresztą sam należę do tych osób, które wciąż najlepiej czują się w numetalowym uniwersum i coraz mniej tego się wstydzę.
Koncert Xzibita przypomniał też, że kiedyś światy muzyki gitarowej (zwłaszcza tej z przedrostkiem nu-) i rapowej naprawdę niewiele dzieliło. Pełnokrwisty live band z którym gwiazda wieczoru wystąpiła, chociaż zapodawała też funkowe klimaty, to głównie nadawała całości rapcore’owy klimat, potwierdzający że Korn, Alice Cooper czy Limp Bizkit nie widnieją w CV Xzibita przypadkiem. Niemniej było to przede wszystkim święto hip hopu, w jego west coastowej odmianie. A skoro to koncert rapowy, to nie powinno dziwić że całość miała raczej formułę medleya, gdzie po zwrotce i refrenie przeskakuje się do kolejnego utworu. W ciągu godziny z hakiem X zmieścił ponad dwudziestoutworowy przekrój swojej twórczości, zahaczając jeszcze o cudzesy – „What’s The Difference” i „The Next Episode Dr Dre (ten drugi z shoutoutem dla Nate Dogga) i „Bitch Please” Snoop Dogga. Dla mnie najważniejszymi momentami był „Paparazzi”, który objawił światu X’a, oraz tracki z „Restless” – „Front 2 Back”, „Alkaholik”, „Get Your Walk On” i „X”, który w teorii zakończył koncert. W teorii, bo po nim nastąpiły dwa bisy, na które już się niestety nie załapałem. Swoją drogą to też smutny znak współczesnych czasów muzycznych, że kultura bisowania wymiera, też to zauważyliście?
O tym w jakiej formie jest Xzibit jako twórca pewnie się w końcu dowiemy. Ale już teraz mogę zapewnić, że jako koncertowy wykonawca jest w piekielnie wysokiej formie. Co, patrząc na kolegów po fachu z jego pokolenia, wcale nie jest takie oczywiste.
najlepszy moment: X
ocena: 8/10
