rageman.pl
Muzyka

Quavo

gdzie: Letnia Scena Progresji, Warszawa

kto: Quavo, bango balenci

 

Ledwo miesiąc po Clout Festivalu jego organizatorzy postanowili sprezentować polskim wielbicielom amerykańskiego newschoolu swoisty deser. I z marketingowego punktu widzenia rozumiem ten dopisek „Road to Clout” na plakacie – na tym etapie można już mówić o swoistym znaku jakości. A przynajmniej tak się wydawało przed koncertem.

Wydaje mi się, że zawiniła przede wszystkim lokalizacja. Rozumiem chęć zrobienia koncertu w plenerze – w końcu mamy lato, tego dnia też pogoda dopisała, przede wszystkim jednak chodziło o, a przynajmniej tak mniemam, nawiązanie do festiwalowego klimatu. Tyle że, tak jak mega lubię Progresję – to jak wygląda i jaki repertuar oferuje – tak jej letnia scena, co tu dużo mówić, trąci Dniami Pieroga w Pułtusku. O ile nie razi to przy alternatywnych czy „brudasowych” brzmieniach, tak rapowego swagu pasował ten klimat jak szampan do bigosu. Czy z tego powodu potencjalni uczestnicy koncertu mogli spasować? Niekoniecznie. Natomiast faktem jest, że frekwencja tego dnia, która w warunkach klubowych mogłaby wyglądać znośnie, na otwartej przestrzeni wyglądała bardzo, bardzo źle.

A szkoda, bo jednak przyjazd reprezentanta nieodżałowanych Migosów trzeba traktować jako wydarzenie. Dopiero co na Cloucie headlinerem był Offset i śmiem zawyrokować, że Quavo także spokojnie ogarnąłby rolę gwiazdy festiwalu. Niemniej, ze względu na diametralnie różne okoliczności, które też rzutowały na odbiór koncertów, odpuszczę sobie porównania. Inna sprawa, że nie tylko ciężko jest te koncerty porównywać, ale w ogóle trudno się o takich koncertach noworapsowych pisze. Bo wiadomo, że nie o wykony tu chodzi – ma być impreza, moshpit, tempo, medley jak największej ilości utworów. Trudno więc wyrokować w jakiej formie była gwiazda wieczoru, bo na podstawie playbacku ciężko ocenić (chociaż gwoli sprawiedliwości – na Cloutach widziałem bardziej bezczelne podejścia do tematu). Wprawdzie nie był to koncert w ramach trasy promującej nowy album, niemniej nie sądziłem że tak zdecydowanie Quavo postawi na cudzy repertuar. Przy czym „cudzy” trzeba wziąć w duży cudzysłów – bo mówimy tu o Migosowych hitach, których było od groma, by wymienić tylko „Bad and Boujee”, „Stir Fry” czy „Walk It Talk It”. Ale też hitowe gościnki – jak „I’m The One” DJ Khaleda,”Pick Up The Phone” Young Thuga i Travisa Scotta (oczywiście nie zabrakło shoutoutu #freeyoungthug) czy wieńczące całość „Congratulations” Post Malone’a. Swoje własne kawałki Quavo odhaczył na samym początku gigu, właściwie z jednym wyjątkiem w postaci cudnego „Tough” z udziałem Lany Del Rey.

W innych okolicznościach przyrody to mógł być naprawdę dobry rap koncert, bo wszystko się zgadzało – setlista fest, reakcja publiki, brzmienie, efekty wizualne, nawet support (chociaż tu nie jestem obiektywny bo przy bango balenckim pracuję, ale wierzę że ten chłopak da polskiej scenie jeszcze sporo frajdy). Jak się okazuje, miejsce też ma niebagatelne znaczenie przy odbiorze.

 

najlepszy moment: TOUGH

ocena: 7,25/10

Leave a Reply