rageman.pl
Muzyka

Clout Festival 2024

gdzie: Tor Wyścigów Konnych Służewiec, Warszawa

kto: Playboi Carti, Offset, Destroy Lonely, Trippie Redd, Gucci Mane i inni

 

Rok temu obiecaliśmy sobie że się z Clout Festivalem spotkamy ponownie i słowa udało się dotrzymać. I jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to i za rok się zamelduję, gdziekolwiek się czwarta edycja odbędzie. I czuję ku temu wyjątkową mobilizację.

Tak, zgadzam się, kilka rzeczy poszło nie tak. Siłą rzeczy, jeśli organizator wydaje oświadczenie na cztery slajdy na Instagramie (wybaczcie, nie będę liczył ilości znaków przecież) to znaczy że z czegoś musi się wytłumaczyć. Gdyby szukać przyczyny tych błędów, to chyba wskazałbym na zbyt szybki rozwój imprezy. Dość niedorzeczne są porównania do imprez Alter Artu jako wzoru do naśladowania – mówimy o starym festiwalowym wyjadaczu z wieloletnim doświadczeniem, który organizuje Open’er i Orange Festival praktycznie od dekad. Nawet Mystic Festival, jeśli mogę przywołać przykład festiwalu w którym dopiero co uczestniczyłem, ma za sobą lata doświadczeń głównych organizatorów. Tymczasem mówimy tu o imprezie, która jeszcze dwa lata temu debiutowała w hali, a teraz robi soldout Toru Wyścigów Konnych – co, przypuszczam, nie udało się w tym miejscu samemu Orange Festialowi, a przynajmniej od długiego czasu. I oczywiście nie jest to złe, że jest takie zapotrzebowanie na Clout Festival – bynajmniej! Ale kiedy z koncertów i festów na kilka tysięcy osób nagle przeskakuje się na kilkadziesiąt tysięcy, to nieuniknione jest popełnienie błędów. I tak też się zdarzyło. Natomiast czy są to błędy, które rzeczywiście podważają Big Idea jako firmę która jest w stanie udźwignąć takie wydarzenie? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Pochylmy się proszę nad głównymi zarzutami w stronę organizatorów:

  • ochrona – sprawa chyba najbardziej kontrowersyjna; po necie lata multum filmików gdzie ochroniarze wykręcają ręce młodemu chłopakowi czy policzkują ludzi za barierkami. To jest coś na co nie ma absolutnie żadnego wytłumaczenia, nie dopuszczam tu relatywizmu – ochroniarz powinien dostosować swoje działania do skali wykroczenia, koniec kropka. Jeśli dla ciebie bandyterka napierdalająca się na stadionach i nastolatkowie rozpaleni muzyczną energią to to samo to znaczy że się nie nadajesz do tej roboty i wróć na siłownię. NATOMIAST czy jest w tym wina organizatora? Moim zdaniem nie do końca, bo a) nie jest tak, że wszystkim ochroniarzom odcięło prąd w głowie – ja akurat miałem szczęście trafić na ochroniarzy mega pomocnych (szczególnie pozdrawiam jednego pana z fosy – serio, złoty człowiek) b) FOSA, czyli firma ochroniarska która obsługiwała Clouta, mimo iż od lat da się słyszeć różne opinie o ich działalności, wciąż działa na rynku i nie wykluczam iż są imprezy, które robią bez zarzutu. Więc to nie jest tak, że organizator wziął pierwszą lepszą firmę lub znajomych gangusów. Wybrali taką, sparzyli się, ale już posypali głowę popiołem i wierzę że za rok wybiorą lepszą.
  • woda – no nie doszacowali ilość tej pitnej wody, ot co. Znów – czy to naprawdę powód, by obrażać się na całe życie? Moim zdaniem tylko się cieszyć, że pogoda znów dopisała aż za bardzo – jeśli ktokolwiek był na wiecznie deszczowym Open’erze to wie, że lejący się z nieba żar wciąż jest lepszą opcją na odbiór muzyki niż stanie w kaloszach wypełnionych po brzegi deszczówką. A że bardziej zagrażającą zdrowiu? Rolą organizatora jest dostarczenie możliwości uzupełniania płynów i informowaniu o ryzyku związanym z upałem. Ale nie wleje ci wody do gardła ani nie założy czapki na głowę.
  • hałas – ja rozumiem że jako organizator tańczysz tak, jak ci bookerzy artystów zagrają. Niemniej jednak zgadzam się, że, skoro już organizatorzy uparli się na festiwal „w tkance miejskiej”, to zamiast ściszać koncerty lub kończyć je przed ciszą nocną, to powinni dążyć do formuły piątek-sobota. Wciąż oczywiście znajdą się tacy co będą narzekać, ale już argument pt. „rano muszę iść do pracy” straci na sile
  • odwołane koncerty – fakt, tu zabrakło trochę większej transparentności co do zmian w line-upie. I tak, jest tu pole do wiary w teorie spiskowe. Ale czy nie lepiej założyć dobrą wolę organizatorów, że rzeczywiście do ostatniej chwili walczyli o tego Chief Keefa czy zwłaszcza Sexyy Red? Poza tym kaman, mówimy o amerykańskich raperach – dla nich odwoływanie koncertów to raczej standard niż ostateczność. Tu wręcz jestem pełen podziwu dla tych, którzy parają się w bookerkę w tym gatunku.
  • płonąca scena – czyli rzecz z gatunku „jakby tego wszystkiego było mało”. Fakt, wyglądało to turbo niebezpiecznie, nie wiem zresztą czy nie pierwszy raz byłem świadkiem takiej sytuacji. Ale znów – myślę, że mogło się to zdarzyć na każdym koncercie gdzie jest pirotechnika. Padło na Clouta. Pogratulować należy za szybkość reakcji – bo wierzę, że to właśnie sytuacje kryzysowe kształtują charakter organizatorów takich wydarzeń.

Nie, nie jestem adwokatem Big Idea, chociaż miałem sposobność poznać osoby działające przy organizacji tego festiwalu. Ale chodzę na koncerty od dekad. Także osobiście przeżyłem festiwale, gdzie organizatorowi zależało tylko by się obłowić i spierdolić z kasą. Festiwale, które padały, mimo najlepszych chęci tak organizatorów jak i publiki, ze względu na zbyt słaby popyt. Tu mamy festiwal, który idealnie wpasował się w skandalicznie niezagospodarowaną niszę, który marketingowo jest prowadzony na tiptop, którego potrzebują zarówno słuchacze jak i sama branża (pozwolę sobie wysunąć tezę, że kolaboracje Maty z JELEEL! czy Malika Montany z Fivio Foreignem nie doszłyby do skutku gdyby nie Clout). Trzeba trzymać kciuki by organizatorzy wyciągnęli wnioski na przyszłość, a nie życzyć im upadku.

Dobra, tyle o festiwalu, czas na Muzykę. Tu muszę uczciwie przyznać, że mimo wszystko zeszłoroczny line-up trochę bardziej do mnie trafił. Trochę zabrakło mi takiego strzału jak Yeat rok temu, sporo było też koncertów które równie dobrze mogłyby się nie odbyć. Ale po kolei, w kolejności chronologicznej.

Hardrock – na Dinę Ayadę się nie wyrobiliśmy, więc dla mnie to było faktyczne otwarcie festiwalu. Ot, rapowa średniawka. Posłuchać można, ale jakoś ciężko mi uwierzyć by chłopak wskoczył kiedyś do ekstraklasy.

Rich Amiri – niby na plakacie przesuwamy się o jedną pozycję w stosunku do Hardrocka, ale jakościowo to przeskok jak o kilkanaście pozycji. Czarny koń festiwalu? Wierzę – ba, znam nawet takie osoby – które przyszły na Clouta specjalnie dla niego i to było też widać w wyjątkowo żywiołowej reakcji publiki. Owszem, śmierdzi to Future’m na kilometr. Ale chłopak ma 20 lat i już 10M miesięcznych słuchaczy na Spotify’u. I tak coś czuję, że to dopiero początek.

Bobby Shmurda – z rozmaitych względów ominęły mnie występy Homixide Gang, Teezo Touchdown i Young Nudy, Shmurdę w sumie też widziałem mniej niż więcej. Czy żałuję? Chyba nie do końca. Nie za bardzo wiem o co chodziło w tym wykonie i chyba nawet nie chcę wiedzieć. Można tylko gdybać, czy Chief Keef, za którego wskoczył do lineupu, wypadłby lepiej.

Gucci Mane – nie ukrywam, najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tego festiwalu. Kto śledzi tego bloga od dłuższego czasu ten wie, że ponad 10 lat temu miałem świra na punkcie Gucciego i jego uniwersum. Mówimy o człowieku, który de facto dał trap światu. Oczekiwania były ogromne więc. Czy spełnione? Cóż… to nie tak, że to był zły koncert. Wydaje mi się, że nie pomogły okoliczności. Chociaż Gucci stworzył podwaliny pod newschool jaki dziś znamy, to nie wiem czy sam teraz bardziej by nie pasował do towarzystwa starszego, grającego w klubie dla stada rap-wariatów. To był bardzo prawilny koncert – nie wiem nawet czy nie zbyt prawilny. Ale mimo wszystko – cieszę się, że kolejną pozycję z listy koncertowych must-see mogę odhaczyć.

Trippie Redd – w związku z odwołaniem Chief Keefa wskoczył w rolę headlinera dnia pierwszego. I jej podołał. Jest to newschool pełną gębą, jakiego pełno na Soundcloudzie, ale to są też Piosenki – może te inspiracje emo i rockiem nie poszły na marne. Chłopak ma też charyzmę i umie porwać tłum. To chyba starczy by dać dobre show?

Fourfive – czyli otwieramy dzień drugi. Sympatycznie, rage’owo, z miłym gestem w postaci zaproszenia chłopaka z publiki do wspólnego zarapowania.

Clip – jak się miało później okazać – jedyna reprezentantka płci żeńskiej w lineupie dnia drugiego. I nie bawiąc się w żadne protekcje – to było adekwatne miejsce w harmonogramie dnia. Nie żeby to było złe, ale mam wrażenie że ta płeć żeńska to jedyne co wyróżniało ten występ z tłumu.

Nettspend – a tu z kolei mieliśmy białaska w blond włoskach. I ok, muzyka się też wyróżniała… ale czy na plus? Tu już było tak neo-, że bardziej się nie dało. Bardziej krzyk niż rap, podkłady brzmiące niczym mp3 najchujowszej jakości… Być może w domu się to broni, zwłaszcza jak masz 15 lat i cały świat przeciwko tobie. Ale w sumie muszę przyznać, że jestem ciekaw w jakim miejscu będzie ten chłopak za 10 lat.

OsamaSon – tu też był rage, ale jednak kilka poprzeczek wyżej. Skłamałbym mówiąc, że nabrałem ochoty by posłuchać w domu.

Night Lovell – jeśli miałbym wybrać czarnego konia dnia drugiego festu, to chyba to jest mój typ. Z jednej strony rage’owa energia, z drugiej dobre mroczne podkłady. Słychać było (ale też i widać, po koszulce z 50 Centem) że chłopak zna historię rapu. I ta lekcja się opłaciła.

Yung Lean – na pewno lepsze warunki do zapoznania się z twórczością niż dwa tygodnie temu na supporcie przed Travisem Scottem. Tak, chłopak ma pomysł na swoją twórczość, tego odmówić mu nie można. Przyznam jednak szczerze, że w tak energicznym lineupowym otoczeniu trochę ten Yung Lean podziałał nie tylko uspokajająco, co wręcz usypiająco. Ale może właśnie tego było trzeba na tamten moment? Za chwilę wkraczał zestaw trzech headlinerów…

Destroy Lonely – co tu dużo mówić – tu była rzeź, przynajmniej w jej rapowej odmianie. Podopieczny Playboi Cartiego dowiózł to co miał dowieźć, a że bardziej się skupił na wydzieraniu się niż rapowaniu? A komu to przeszkadzało?

Offset – 1/3 Migosów zacząła od wiązanki cudzesów i w sumie większość setu to „covery”. Ale też kiedy się nagrało tyle przekozackich featów to trudno ich nie wplatać do własnej setlisty. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że ten pożar sceny tylko podniósł notowania temu koncertowi, tak jak zamach Trumpowi.

Playboi Carti – o rany… No więc opowiem Wam jak to było. Stoimy sobie z ziomkiem z boku sceny, raczej kilkadziesiąt niż kilkanaście metrów dalej – ale już wcześniej oglądałem z tego miejsca koncerty i było ok. Zaczyna się koncert. Bas niemożebny (biorąc pod uwagę że koncert zaczął się o 1 w nocy, to obstawiam że policja właśnie wtedy miała przegrzaną linię), ledwo co słychać. Wychodzi chłop z gitarą na wybieg – więcej w tym pozy niż faktycznego grania (a przynajmniej takiego które dałoby się usłyszeć), ale niech będzie, zwłaszcza że pirotechnika, niezrażona przygodami na koncercie Offseta, nabrała na jeszcze większej sile. Jest show. Ale zaczynamy się zbliżać do kwadransa, a tu dalej to samo, widać tylko tego chłopaka z gitarą. „Ty, może przesuniemy się bliżej, może on tam jest?”. To był dobry pomysł, bo okazało się że rzeczywiście On tam jest. Chodzi sobie w głebi sceny i mamrocze pod nosem – bo nawet jeśli nagłośnienie było takie se, to jednak to co szło przez mikrofon to już był skandal. I ja dalej nie wiem za bardzo co tam się wydarzyło. Może ja jestem starej daty i jestem przyzwyczajony do koncertów starych zgredów, którzy grają przeboje, nawiązują konwersację z publiką, dbają o to by wszyscy byli zadowoleni i cześć. Tu wyczułem większy związek z nieprzewidywalnością black metali z lat formatywnych czy legend rocka w primie timie. Tu miałem wrażenie że nie chodzi o robienie dobrze publice, tylko robienie dobrze Sztuce. I niby bliżej końca koncertu Carti wyszedł na ten wybieg, ale wciąż miało się wrażenie, że zupełnie nie jest zainteresowany publiką. Mimo tego, że grał przeboje – w tym największe w których ostatnio się udzielił, czyli „FEIN” Travisa i „Type Shit” Future’a. Reasumując-  nie wiem czy ten koncert mi się podobał, ale piekielnie mnie zaintrygował i poszedłbym na niego jeszcze raz. Największe dzieła sztuki rzadko kiedy wchodzą za pierwszym razem, może dotyczy to też koncertów?

Do zobaczenia za rok!

 

najlepszy moment: PLAYBOI CARTI – FEIN

ocena: 

Hardrock – 6/10

Rich Amiri – 7,25/10

Bobby Shmurda – 6/10

Gucci Mane – 7/10

Trippie Redd – 7,5/10

Fourfive – 6,5/10

Clip – 6,25/10

Nettspend – 6,25/10

OsamaSon – 6,5/10

Night Lovell – 6,75/10

Yung Lean – 7/10

Offset – 7,25/10

Playboi Carti – ???