rageman.pl
Film

Strefa interesów

rok: 2023

reżyseria: Jonathan Glazer

 

Czy da się powiedzieć coś nowego o Holokauście czy ogólnie o złu wyrządzonym przez nazistowskie Niemcy? Wychodzę z założenia, że o pewnych tematach trzeba opowiadać nieustannie i wciąż o nich przypominać, bo jak widać po nastrojach zarówno lokalnych jak i globalnych, nienawiść do mniejszości przykryta pod płaszczykiem troski o bezpieczeństwo swoje i ojczyzny wciąż ma się dobrze. Wystarczy chwila nieuwagi by ci, którzy wskazują domniemanego wroga palcem, nawoływali do jego eksterminacji – co więcej, wystarczy chwila nieuwagi by na końcu samemu taką narrację łyknąć. Z samoobrony rzut beretem do odwetu, a z odwetu do aktywnej agresji.

Niemniej jednak nie można powiedzieć, by szeroko pojęta tematyka 2-ej Wojny Światowej była zaniedbana przez filmowców. Także polscy twórcy żydowskiego pochodzenia – Polański czy Holland – mają na koncie wybitne filmy poświęcone tragedii, która dotknęła ich rodziny (autora „Pianisty” nawet bezpośrednio). Czy więc kolejne rozliczenie z przeszłością, tym razem Żyda pochodzenia brytyjskiego, było potrzebne komuś więcej niż jemu i jego bliskim?

Rzecz w tym, że „Strefa interesów” nie jest o Auschwitz. Ba, to nawet nie jest film o zagładzie Żydów, chociaż pojawiają się tu nie tylko autentyczne miejsca historyczne, ale też postacie historyczne jak Rudolf Hoss. Ale odważę się stwierdzić, że gdyby Oświęcim zamienić np. na Strefę Gazy to wydźwięk filmu byłby ten sam. Oczywiście interpretacji tego, co chce nam przekazać Jonathan Glazer może być więcej niż jedna. Dla mnie to film o złu bierności. O tym, jak zło potrafi spowszednieć i być sprowadzone do normalnego zjawiska życia codziennego, jak wschód słońca, obiad w gronie rodziny czy spacer po ogrodzie. I myślisz oglądając to wszystko, że przecież to niemożliwe by być tak obojętnym na skrajne zło które ma miejsce w położonym tuż obok domu Hossów obozie koncentracyjnym, że może nie dostrzegają lub przynajmniej udają że nie widzą – tak jak udajemy kiedy widzimy przemoc na ulicy lub w tramwaju, z troski o własne bezpieczeństwo lub dobre samopoczucie. Ale nie, oni doskonale mają świadomość – bo Ona wie skąd ma to futro i prosi męża o kolejne „fanty z pracy”, a syn ogląda zęby wiedząc że nie są one z plastiku. To nie jest wypranie mózgu przez zło, to życie z tym złem w pełnej symbiozie.

Wielkość filmu Glazera, a także wspomniana wyżej jego uniwersalność, ma źródło w tym, że ani razu oko kamery nie przekracza muru Auschwitz. Cały jego horror dzieje się w dźwięku – krzyki, strzały, odgłosy pociągów i huku pieców tworzą ściółkę niemal całego filmu, za wyjątkiem intra filmu, samego w sobie jednego z najbardziej przytaczających jakie w życiu widziałem. Można powiedzieć, że to dźwięk jest tym filmem – co zresztą w wywiadach przyznaje sam reżyser. Oscar za najlepszy dźwięk? Jak najbardziej zasłużony, chociaż moim zdaniem to nie tylko jeden z najlepiej udźwiękowionych filmów w skali zeszłego roku, ale może kinematografii jako takiej.

Być może pieczołowitość w sferze dźwięków wynika z doświadczenia Glazera na polu teledysków muzycznych, które tworzył m.in. dla Massive Attack czy Radiohead – wie więc jaką magie potrafi dać odpowiednie połączenie obrazu i dźwięku. Ale tu trzeba wspomnieć (w końcu) o tym, że jest to dzieło totalne także na polu wizualnym. Co jest zasługą mojego imiennika, Łukasza Żala (który odpowiada za zdjęcia filmów Pawlikowskiego), jak również pary głównych aktorów. Sandrę Huller pierwszy raz widziałem i od razu zapamiętałem za sprawą widzianego na Nowych Horyzontach „Wygnania”. Tu świeci blaskiem pierwszoplanowym i de facto to ona, jak w soczewce, skupia całą problematykę o której pisałem dwa akapity temu. Jej postać przeraża równie mocno co dźwięki z Auschwitz – a przy tym, podobnie jak cały film, ani przez moment nie gra na emocjach, nie ma w tym ani krzty szantażu emocjonalnego. Biorąc pod uwagę, że krytycy się sprzeczają która rola jest wybitniejsza – ta w „Strefie” czy w także obecnej w kinach „Anatomii Upadku”, wygląda na to że kariera na miarę Christopha Waltza jest kwestią czasu.

W mojej ocenie – jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, film nie tylko o tematyce Holokaustu, ale o wojnie jako takiej. Na tej samej półce co „Threads” i „Idź i patrz”.

 

najlepszy moment: całość, ale zwłaszcza końcówka filmu wciąż nie daje mi spokoju

ocena: 9,25/10

Leave a Reply