Depeche Mode
kto: Depeche Mode
Nie ukrywam, że z wszystkich koncertów jakie miałem okazję zobaczyć w ostatnich tygodniach (a o kilku będzie jeszcze w następnych notkach), na ten czekałem najbardziej.
Bo też związek emocjonalny z muzyką głównych bohaterów tej relacji dość dłuższy i intensywniejszy niż z Jamesem Arthurem czy Raye (przy całej sympatii do nich). To ciekawe, bo gdyby ktoś kazał mi wymienić moje ulubione zespoły (tudzież artystów), nie sądzę by Depeche Mode kiedykolwiek się załapali do TOP5, w aktualnej czy jakiejkolwiek innej dekadzie mojego życia. A jednocześnie na koncercie uświadomiłem sobie, że te piosenki towarzyszą mi od zawsze. W dzieciństwie za sprawą starszego kuzyna zapatrzonego w Gahana i spółkę- jak zresztą połowa polskich nastolatków przełomu laty 80tych i 90tych katująca z kaset „Enjoy The Silence”. W okresie nastoletnim, kiedy to niczym po nitce do kłębka dochodziło się z Nine Inch Nailsów i Marilyn Mansonów do brytyjskich pionierów łączenia rocka, elektroniki i popowych melodii. A potem, kiedy już człowiek coraz częściej sięgał po półkę z klasyką muzyki, to i siłą rzeczy „Violator” czy „Songs…” też się tam znajdowały. Jasne, fanatyczność fanbazy Depeszy może odstraszać. Ale dziś, mądrzejszy o wiedzę o biznesowym zapleczu muzyki, myślę że to jest właśnie największy sukces jaki może odnieść nie tylko muzyk, ale artysta in general. Nie nagrody, przyznawane na nie zawsze transparentnych zasadach. Nie oceny dziennikarzy, dość często nie podparte ani kompetencjami ani uczciwością. Tylko właśnie miłość fanów, dla których Twoja muzyka jest sensem czasem nawet całego życia.
Ironią losu jest, że po tym, jak przez sporą część dorosłego, „muzycznego” życia DM był na szczycie listy zespołów do zobaczenia na żywo – i których nigdy nie udawało się zobaczyć przez niesprzyjające okoliczności/wyprzedane bilety/niepotrzebne skreślić – doszło do tego, że widzę ich już trzeci raz i to bez większych, wcześniejszych poświęceń. To też nie jest tak, że ludziom te koncerty spowszedniały, bo przecież jeszcze rok temu grali na Narodowym w Warszawie, czyli na obiekcie dostępnym Największym. Tym razem grali w znacznie mniejszej Atlas Arenie w Łodzi – mieście, do którego wracają niemal równie często jak do Warszawy. Co, biorąc pod uwagę industrialne koneksje, ma sens. Podobnie jak przed czternastoma laty, ponownie zaoferowali dwupak koncertowy w odstępnie dwudniowym. Ja pojawiłem się na pierwszym z występów.
Trzeci koncert, więc siłą rzeczy porównywać będę do koncertu z Narodowego z 2017 roku. Ale też i do późniejszego o rok występu na Open’erze. Bo nawet jeśli był to festiwalowy koncert (jak zresztą spora część ówczesnego etapu Global Spirit Tour) i odrobinę krótszy od „normalnych” koncertów DM, to sama setlista nie różniła się od innych koncertów na tamtej trasie. Oczywistą różnicą między tegorocznym, a tamtymi poprzednimi koncertami jest setlista – tym razem uwzględniająca utwory z wydanego w zeszłym roku albumu „Memento Mori”, ale też i odświeżająca zestaw klasyków, bo zarówno zespół jak i tym bardziej publika mają świadomość, że to o nie chodzi w koncertach „Depeszy”. Najważniejsza jednak różnica dotyczyła nie samej muzyki (o której za chwilę), a zespołu.
Ile może znaczyć dla zespołu osoba, o której powszechnie wiadomo że nie ma żadnego songwriterskiego wkładu, a kwestią dyskusyjną jest także stopień zaangażowania w wykonywanie tej muzyki, w studiu bądź na żywo? Jak pokazuje przykład zmarłego dwa lata temu Andy’ego Fletchera, więcej niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Bo to nie tylko była osoba dbająca o relacje na linii zespół-fani, ale może przede wszystkim o relacje wewnątrz samego zespołu. Nie jest tajemnicą, że ego panów Gahana i Gore’a dawno zabiły ich przyjacielskie stosunki (jeśli takowe kiedykolwiek istniały) i całkiem możliwe gdyby nie Fletcher to dzisiaj próbowaliby dalej rozwijać solowe kariery. Logika podpowiada, że jeśli nie ma osoby trzymającej coś w ryzach, to tych ryz, cóż, zwyczajnie nie ma. A jednak depeszowa karawana nie tylko się nie zatrzymała, ale i popełniła zaskakująco przyzwoity (i nie tylko jak na współczesne standardy DM) album oraz wyruszyła w trasę.
O ile z muzyki niekoniecznie musi być słychać, jakie relacje łączą jej autorów, tak już na koncercie można dostrzec to lepiej. I może chcę widać więcej niż jest w rzeczywistości, ale na podstawie tego jednego lutowego wieczoru przechylam się ku opinii, że może rzeczywiście brak Fletchera bardziej zbliżył niż oddalił od siebie pozostałych dwóch panów. Jasne, wielkich gestów przyjaźni (pojednania?) nie było, ale też czy ktokolwiek ich oczekiwał? To nie Red Hot Chili Peppers, myślę że samo to że dalej grają razem jest już cudem – choć cynik dość słusznie zauważy, że na tym etapie życia tak łatwo się nie rezygnuje z tak dochodowego bądź co bądź biznesu. I nawet jeśli część prawdziwych fanów DM wciąż nie wyszło z żałoby po Fletcherze, to żaden z nich nie zakwestionowałby, że najlepszym sposobem uczczenia jego pamięci jest dalsze funkcjonowanie zespołu. I, rzecz jasna, dalsze ich koncertowanie.
Przejdźmy w końcu do Muzyki! Przyznam, że ze względu na „okoliczności niezależne od organizatora” trochę spóźniłem się na koncert> Przez co nie tylko ominął mnie support (Humanist), ale i dwa pierwsze utwory, które tak się składa pochodziły z nowego albumu. I jak wspomniałem, jest to dość solidny krążek, niemniej cieszę się że to od prezentacji nowego albumu zaczęli, a nie od jakichś żelaznych klasyków. Tym bardziej, że mam na tym albumie większych faworytów od „My Cosmos Is Mine” i „Wagging Tongue” – jak singlowy „Ghosts Again”, dla mnie już teraz brzmiący jak Depeszowy klasyk. Na teren Areny przybyłem, gdy grali trzeci w kolejności „Walking In My Shoes” – co było dla mnie jednym z większych zaskoczeń wieczoru, jako że na poprzednich dwóch koncertach grali ten utwór dopiero na bis. A potem poprawili „It’s No Good”, który już grali na Open’erze (na Narodowym w 2017 grali zamiast tego dwóch innych reprezentantów „Ultry” – „Barrel Of A Gun” i „Home”).
Tak na dobrą sprawę gdybym ja, nie będący psychofanem DM, chciał usłyszeć wszystkie piosenki z wishlisty, to koncert trwałby znacznie więcej niż dwie godziny, a co dopiero mówić o tych co znają każdy ich b-side i remix na pamięć. W tym kontekście jakość koncertu Depeche Mode wynika przede wszystkim z osobistych preferencji. I tu muszę przyznać, że to być może był mój najlepszy koncert Brytyjczyków. Przede wszystkim- w końcu usłyszałem na żywo jeden z moich ukochanych utworów, czyli „Policy Of Truth” (kosztem „World In My Eyes”, który też bardzo lubię, ale jednak nie AŻ TAK). Dwa – w tradycyjnych solowym secie Gore’a doczekałem się w końcu przepięknego „Strangelove” (co więcej, z „Music For The Masses” było nie tylko obowiązkowe „Never Let Me Down Again”, ale też „Behind the Wheel”, którego na poprzedniej trasie nie grali. Trzy – mój ukochany „Songs of Faith and Devotion” miał obok „Memento Mori” najliczniejszą reprezentację: poza tradycyjnym zestawem „I Feel You”, wspomniany „Walking in My Shoes” i „In Your Room” także przepiękny, gospelowy „Condemnation”. No i ostatnia kwestia, czyli „Depeche Mode XXI wieku” – nie ma co ukrywać, że poza aktualnie promowanym, najnowszym albumem, panowie nigdy na siłę nie forsowali nowszych piosenek. Do dziś nie usłyszałem na żywo żadnej piosenki z „Delta Machine” (co mniej akurat mniej boli) ani z „Excitera” (co mnie boli bardziej – takie „Freelove” to czysta perła ich repertuaru, a grali to tylko na premierę albumu). Cieszę się jednak, że załapało się w końcu „Precious”. O dziwno zupełnie odpuścili promowany kilka lat temu „Spirit”.
Tyle selekcja, a wykonania? Depeszofanatycy zapewne są w stanie wskazać różnicę pomiędzy wykonaniami w ramach tej samej trasy. Ja na takie porównania bym się nie odważył, a też wykonów sprzed lat 7 nie pamiętam. Nic mnie nie zaskoczyło na plus, niestety było jedno na minus i dotyczy mojego ukochanego „In Your Room”, który, mam wrażenie, Gahan trochę położył. Ale i tak facet wciąż gra na najwyższych obrotach, podobnie jak jego kompani, w tym ten Najważniejszy (którego śpiewu akurat nie będę oceniał, bo w jego solówkach zupełnie nie o jakość wykonania chodzi).
Damn, dziewięć akapitów. Może jednak rzeczywiście też jestem psychofanem?
najlepszy moment: POLICY OF TRUTH
ocena: koncert z Narodowego oceniłem na 9,25/10, choć w Łodzi obiektywnie wszystko było lepsze; a właściwie to po co oceniać i kogo te oceny obchodzą?
