Akademia Pana Kleksa
reżyseria: Maciej Kawulski
Ta recenzja przeleżała dobry kawał czasu – nawet więcej niż miesiąc jaki minął od oficjalnej premiery, bo z racji takiej a nie innej pracy miałem okazję zobaczyć film na tzw. „seansach dla wybranych”. I ze względów zawodowych sam sobie narzuciłem embargo na niepisanie o tym filmie. Ale teraz, kiedy wiadomo że „Nowa Akademia” stała się niekwestionowanym hitem frekwencyjnym – ponoć to najlepiej performujący kinowo polski film od dobrych kilku lat – nie ma ryzyka że moja opinia w jakikolwiek sposób filmowi zaszkodzi. Chociaż mam pewność że nawet opublikowana tuż po premierze filmu by nie zaszkodziła. W końcu to skromny blog dla kilku fanatyków.
Ale skoro już to, Drogi Czytelniku, czytasz i jesteś ciekaw mojego zdania (chociaż wierzę w Twoją inteligencję i po wstępie domyślasz się mojej opinii), pozwól na trochę prywaty dla lepszego kontekstu.
Otóż „Akademia Pana Kleksa” z 1984 roku to mój film dzieciństwa. Absolutny numer 1, żadnego filmu nie widziałem tyle razy. Przypuszczam że nawet serial „Twin Peaks” mógłby przegrać jeśli porównywać by ilość godzin spędzonych na oglądaniu. Przy czym regularne seanse „Akademii” odpuściłem już w późnej podstawówce. Aby podkreślić mój fanatyczny stosunek dodam, że nigdy nie obejrzałem późniejszych części przygód Kleksa – bo bałem się, że mogłoby to wpłynąć negatywnie na mój skrajny entuzjazm wobec „jedynki”. Dzięki „Akademii” pokochałem heavy metal (choć do dziś czuję się nieswojo oglądając marsz wilków). Dzięki „Akademii” nie czułem się aż tak odmiennie z moim spektrum autyzmu. Long story short: dużo temu filmowi zawdzięczam.
I to nie jest tak, że byłem z góry negatywnie nastawiony na nową interpretację, czy jak to się mówi po hollywoodzkiemu – na „reboot”. Bynajmniej – każde pokolenie jest inne i ma swoje wymagania. I o ile nie widzę większego sensu w nowej wersji „Matrixa” czy „Władcy Pierścieni”, to w przypadku filmu kierowanego do młodego widza mam świadomość, że forma ma kluczowe znaczenie. A mam świadomość, że nie tylko warstwa wizualna filmu Krzysztofa Gradowskiego się zestarzała przez te 40 lat. Tak, myślę o scenie kąpiących się nago chłopów obserwowanych przez starszego typa-nauczyciela, ale nie tylko o tej. Ta lektura jak mało która zasługiwała by ją opowiedzieć na nowo, filtrując ją przez współczesność – z jej potrzebami, ale i wymogami. Oczywiście ku uciesze prawicowych fanatyków, widzących lewacką poprawność nawet w zmniejszonych biustach żeńskich bohaterek filmów animowanych. I nawet mnie przeszkodziła mi zmiana płci głównego bohatera dziecięcego – ot, może jest w tym większy sens artystyczny, czemu nie.
No i właśnie problem główny z nowym „Kleksem” sprowadza się do tego, że przepuszczono go nie tylko o jeden filtr za dużo, co po prostu zmasakrowano go filtrami każdego rodzaju.
Entering Maciej Kawulski. Pomimo tych moich „konotacji biznesowych” z filmem nie miałem okazji poznać reżysera, ale z obserwacji publicznej wersji jego persony wnioskuję że to swój chłop. I to nie jest nawet problem, że w jego notce na Wikipedii widnieje opis „polski przedsiębiorca i reżyser filmowy”, a zanim zabrał się za kręcenie filmów to był jednym z ojców chrzestnych MMA-biznesu w Polsce. Świat zna wybitnych samouków w każdej dziedzinie sztuki. Ale jednak w tym wypadku trochę ma. Bo Kawulski to turbo sprawny rzemieślnik na polu reżyserii, no ale właśnie – rzemieślnik to (jeszcze) jednak nie artysta. I być może kiedyś nakręci swojego „Obywatela Kane’a”, tyle że to jeszcze nie ten moment. I to nie jest tak, że zupełnie, tak jak dajmy na to Patryk Vega, powinien porzucić kamerę. Trudno jednak nie odnieść wrażenia – i to nie tylko moje odczucie z tego co przeczytałem i zasłyszałem – że Kawulski podszedł do „Kleksa” jak do dłuższego klipu muzycznego. Gdzie super się ogląda, widać jakiś rys fabularny, ale zupełnie nie ma pomysłu na prowadzenie narracji, rozwijanie postaci, słowem – na to, co wyróżnia Film. Jest tu mnóstwo pomysłów, rozwiązań formalnych i w treści, nie ma tylko tego, co odróżnia wspomnianego rzemieślnika od artysty – Wyczucia.
Nie mam też problemu z tym, że za „Kleksa” zabrał się ktoś, kto być może sam w pierwszej kolejności myśli o sobie jako o przedsiębiorcy. Nie bądźmy hipokrytami – każda franczyza filmowa to nie tylko wizja artystyczna, ale i cel biznesowy. Ale to nie jest tak, że muszą się oba aspekty wykluczać. Przecież nawet w uniwersum Marvela znajdziemy dobre filmy, seria o Harrym Potterze też się, przynajmniej częściowo, broni artystycznie. Nie chcę też oskarżać Kawulskiego o to, że odnalazł w tworze Jana Brzechwy wyłącznie materiał na biznes. Może po prostu przez tę miłość „Akademii” oczekiwałem, że jeśli powstanie nowa wersja to trafi ona w ręce Wizjonera, ale nie biznesowej a artystycznej kategorii? Ale trafiła w takie i nie inne ręce, masom się podoba, a jeśli spadkobiercy Brzechwy mają coś z tego filmu to chyba też nie powinni narzekać.
Ale to wszystko nawet aż tak nie boli, bo najkrócej można to ująć w ten sposób, że Kawulski stworzył film dla dzieci, ale niekoniecznie też dla ich rodziców. I ok, czasem bywa i tak, ja i tak mam swoją wersję przygód „Kleksa”. Wiecie co najbardziej mnie wkurzyło w tym filmie.
Otóż sam Pan Kleks.
Tu kontekstu chyba nie muszę przedstawiać, no chyba że ktoś nie widział filmu z ’84 roku. Tam Pan Kleks, w WYBITNEJ (z czym chyba każdy się zgodzi) roli Piotra Fronczewskiego, jest owszem dziwny, może nawet i dziwakiem. Ale wzbudza też respekt, chce się go słuchać, jest inspirujący, a przede wszystkim – nie jest pajacem. Entering Tomasz Kot, jeden z moich ulubionych aktorów, którego jakość aktorską też trudno zakwestionować. Wiadomo, nie chciał dublować roli Fronczewskiego – po tym też poznasz dobrego aktora, że ma ambicje na nową interpretację. Ale czemu wyszła ona tak bardzo źle? Ten Kleks jest nieśmieszny, głupawy, a przede wszystkim – krindżowy, może nawet bardziej niż krindżowe sceny z filmu sprzed 40 lat. Jest jak ten Steve Buscemi z mema, aż dziw że zamiast „let’s get ready to rumble!” (ktoooo wpadł na pomysł że to będzie fajne wejście??) nie wita się hasłem „hey, fellow kids!”. Jest nielogiczny w swoim postępowaniu (chociaż to akurat bardziej wina scenarzystów) – jest w stanie sprawić że znika dach w akademii, ale nie jest w stanie wyjść ze zwykłej klatki. Last but not least – jest od pewnego momentu zupełnie nieistotny dla fabuły, a i wcześniej ma się wrażenie że odgrywa rolę bardziej symboliczną. Może tak miało być, ale no do jasnej cholery, Kleks to jest Postać. To jak nakręcić film o Batmanie i dać Jokera na 5 minut.
Czy obejrzę już zapowiedzianą kolejną część? Możliwe że tak, choćby dlatego że tam ma się pojawić postać Golarza Filipa, więc ciekawość będzie zżerać kto odważy się przeskoczyć poprzeczkę zawieszoną przez nieodżałowanego Leona Niemczyka. Ale zdecydowanie czekać nie będę. To już nie moja bajka.
najlepszy moment: sceny z Piotrem Fronczewskim – w tym natłoku obcych mi bodźców te momenty sprawiały że czułem się niemal jak w domu, wręcz bezpiecznie
ocena: 5,5/10
