Tash Sultana
kto: Tash Sultana
Po ostatnich eskapadach stadionowo-festiwalowych fajnie znów zajść na coś bardziej kameralnego i niszowego.
Chociaż z tą kameralnością i niszowością to może bym nie przesadzał. Raz – koncert odbył się nie w samej Progresji (którą w sumie też trudno nazwać małym klubem), a w jej „letnim” wariancie, na polu za klubem. Pierwszy raz uczestniczyłem w tej opcji i muszę przyznać, że jest to całkiem sympatyczne rozwiązanie, trącące festiwalowym wajbem (z foodtruckami, leżakami itp.), a przede wszystkim mogące pomieścić znacznie więcej ludzi niż w klubie. A okazało się że chętnych na konfrontację koncertową z Tash było całkiem sporo, co nie ukrywam, mocno mnie zaskoczyło. Mam jakiś tam ogląd na wyniki sprzedaży, cyfrowej i fizycznej, ich albumu (tu drobna uwaga – Tash jako osoba niebinarna posługuje się zaimkami they/them, co w niniejszej relacji zamierzam uszanować) i szału tam raczej nie ma. Nigdy też w żadnej dyskusji ze znajomymi melomanami mowy o Tash nie było. Okazuje się, że ma sporo fanów u nas, co mnie niezmiernie cieszy.
Po zeszłotygodniowym Clout Festivalu, który mimo iż dostarczył mi sporo pozytywnych doznań muzycznych to też sprowokował do rozkmin nt. sensowności występów live, koncert Tash przywrócił mi Nadzieję. Ba, można nie tylko grać w pełni na żywo, ale można samemu brzmieć jak cały zespół! Niemal połowę koncertu Tash występowali sami, wykorzystując cudowną zdobycz techniki jaką jest looper. I tak sobie skrupulatnie najpierw tworzyła fundament sekcji rytmicznej, potem dokładała a to klawisze, a to trąbkę czy inne dęciaki, o gitarze czy wokalu już nawet nie wspominam… Ja nie miałbym problemu z tym by cały koncert tak wyglądał, ale być może dobrze że w pewnym momencie wszedł na scenę „normalny” zespół, tj. sekcja rytmiczna i klawisze – całość straciła na unikalności, ale zyskała na (jeszcze większym) bogactwie dźwięków. Być może dzięki temu też można było się przekonać, że Tash to australijska inkarnacja Prince’a – co ten osobnik wyprawia na gitarze! Momentami wchodził taki „Purple Rain-vibe że człowiek zupełnie zapominał o tym by nagrywać storieski czy inne snapy, wręcz byłoby to nietaktem. I tak jak u Prince’a, trudno ocenić czy wspanialej wychodzi granie na gitarze czy śpiewanie. Zdecydowanie jednak u Tash więcej chillu w muzyce – nie jest przypadkiem, że w powietrzu dość łatwo dało się wyczuć zapach marihuany. Zresztą Tash też między utworami dość mocno zasugerowali, że ta używka dość dobrze koresponduje z ich muzyką.
Mimo że ostatni album Tash „Terra Firma” ukazał się już dwa lata temu, to nie może dziwić że miał on największą reprezentację w setliście. Na szczęście były też utwory z debiutanckiego „Flow State”, a przede wszystkim te najwcześniejsze kompozycje, który objawiły światu talent Tash – czyli „Notion” i „Jungle”, zagrane na koniec setu właściwego. Wspaniałe kompozycje, we wspaniałym wykonaniu, opatrzone wspaniałym kontaktem z publiką. I tylko żal, że lewa strona nagłośnienia nie była równie wspaniała i co chwilę odmawiała posłuszeństwa, przez co koncert w połowie był w mono. Żal byłoby ten mankament uwzględniać w całościowej ocenie koncertu, ale skoro na ocenę koncertów na Narodowym rzutują beznadziejne warunki akustyczne, tak i tutaj obiektywnie wypadałoby uwzględnić każdy aspekt koncertu. Zatem ćwierć oceny w dół.
najlepszy moment: JUNGLE
ocena: 8,25/10
