Clout Festival 2023
gdzie: Stadion Legii Warszawa, Warszawa
kto: Lil Uzi Vert, Kodak Black, JID, NLE Choppa, $not, Jeleel!, Bktherula, Eem Triplin, Yeat, Rae Sremmurd, Lil Skies, Sheck Wes, F1LTHY, Thouxabanfauni, Summer Alone
W tym roku z pełną premedytacją odpuściłem Open’era. Oczywiście nie zamierzam w żadnym stopniu dissować Alter Artu, a wręcz przeciwnie – trzymają rękę na pulsie i za to im chwała. Problem w tym że ja, w pełni też świadomie, nie trzymam już ręki na pulsie i w line upie nie znalazłem nic, co skłoniłoby mnie do czterodniowego, festiwalowego maratonu na końcu Polski (i też za niemałą cenę). Co nie zmienia faktu, że gdyby np. taki Kendrick Lamar czy Lil Yachty wystąpili w Warszawie to z dużą chęcią bym się wybrał.
Nieprzypadkowo wybrałem akurat tych dwóch wykonawców z line upu gdyńskiego festiwalu, bo można powiedzieć, że Clout Festival to taki właśnie mini Open’er – tyle że sfokusowany wyłącznie na nowoczesny rap, no i (jeszcze) na trochę mniejszą skalę. I co ja tu będę się rozwodził – ręce, choć stukają ten tekst w klawiaturę, same się składają do oklasków dla organizatorów. Oczywiście malkontenci będą marudzić – a to że woda za droga, a to że można było się udusić w pogo pierwszego dnia (co zostało rozwiązane zresztą już drugiego dnia za sprawą wozu strażackiego), pewnie jak w przypadku KAŻDEGO festiwalu znaleźli się tacy, którzy woleliby X’a od Ygreka lub odwrotnie. Ale niech minusy nie przysłonią plusów – zwłaszcza że mówimy o organizatorze stosunkowo młodym na rynku, spoza kręgu dominatorów typu Live Nation czy wspomniany Alter Art (Big Idea wprawdzie należy do Warnera, ale wciąż).
Przede wszystkim brawa należą się za długo wyczekiwane zagospodarowanie niszy, jakim jest festiwale z amerykańskim rapem. Trzeba tu przywołać kwestię narodowości, bo akurat festiwali z lokalnym rapem mamy od groma. Co też nie jest dziwne, patrząc zarówno na topki sprzedaży w Polsce, ale i zagranicą. Od dobrych kilku lat widać tendencje patriotyczne i poza wykonawcami z absolutnego topu pokroju Eminema czy Drake’a rap anglojęzyczny przegrywa z lokalną konkurencją. Czy to źle? Tak bym nie powiedział, ale należy odnotować, że ci słuchacze amerykańskiego rapu istnieją i warto byłoby o nich zadbać. A dotychczas jeśli to nie zrobił Open’er to nie zrobił nikt – i dochodzi do takich sytuacji, że aby posłuchać rapsów z USA trzeba się wybrać aż na Rojkowego Offa. Ale w końcu można tu na szczęście mówić o czasie przeszłym. Optymizm? Nie, wystarczyło popatrzeć na to ile luda przyszło w ten weekend na Stadion Legii. A było tego od groma. I, co najlepsze, byli to niemal wyłącznie ludzie młodzi, wręcz nastoletni. Jeśli ktoś na koncertach Pantery czy Red Hot Chili Peppers zastanawiał się gdzie jest młodzież, to odpowiadam – jest tu, na Cloucie. Słucha Muzyki, która ich rozumie i dostosowała się do ich potrzeb. Nie uprawia żenującego gatekeepingu, nie narzeka że kiedyś to były czasy a teraz to nie ma czasów. I dlatego „wygrywa w sondażach”. Nie chcę bynajmniej tu uprawiać analogii politycznych, bo zagadnienie jest bardziej uniwersalne – ale jeśli ktoś chciałby zrozumieć jak świat – nie tylko muzyczny – powinien dostosowywać się do aktualnych realiów, to kultura hip hop jest najlepszym case study.
Nie będę udawał że to też mój hip hop, bo ja mam już „swój” hip hop, tworzony przez dzisiejszych 40+ latków takich jak ja. O ile jeszcze dobre parę lat temu miałem straszną zajawkę na trap i uniwersum Gucci Mane’a, tak teraz już sporadycznie sięgam po newschool z USA, głównie w kontekście zawodowym. Na Cloucie byłem więc trochę bardziej jak osoba towarzysząca, dlatego wybaczcie, że więcej tu wstępu aniżeli prawdziwej relacji. Ale dobra, przejdźmy do meritum. Wydarzenia z dwóch dni z perspektywy laika.
Summer Alone – ktoś musiał wyjść na parkiet jako pierwszy by rozgrzać publikę. I był to całkiem logiczny wybór, bo chłopak znajduje się wciąż na początku drogi. Co nie zmienia faktu, że to może być całkiem ciekawa droga. Chłopak jest z akurat z Wielkiej Brytanii, przez co odważę się stwierdzić, że ma trochę szersze inspiracje niż przeciętny rap chłopaczyna z USA. Co też było słychać – było kilka wstawek ewidentnie alternatywnych, wręcz Joy Divisionowych.
Thouxanbanfauni – najbardziej nietypowe pseudo z całego zestawu… i to chyba największy plus. Nie żeby to był ZŁY koncert (o tym już za niedługo) – ale chyba najbardziej nijaki. Pewnie nie pomagało pełne popołudniowe słońce i dopiero zbierający się ludzie, ale też nie wiem czy samą muzyką chłop zasłużył na wyższe pozycjonowanie w line upie. Ot, taki tam trap.
F1LTHY – zastępstwo last minute za Kankana dla niektórych okazało się jeszcze lepszą opcją niż sam Kankan. Mówimy tu o jednym z najgorętszych producentów w nowym rapie, odpowiedzialnym za Nowy Hymn Polski. Czyli ci którzy nie załapali się na Lil Yachty’ego w Gdyni mogli wreszcie chóralnie odśpiewać „I Took The Woooooock To Polaaaaand”. Mi serce skradło dwóch bokserów (?) nawalających się na scenie. Przyznam, jedno z oryginalniejszych elementów koncertowego Show jakie ostatnio widziałem.
Lil Gnar – tu powinna być relacja z koncertu, ale jej nie będzie. Ktokolwiek był na maratonie festiwalowym zrozumie. Człowiek czasem musi odpocząć i zjeść, nic nie poradzę.
Sheck Wes – być może najlepszy koncert dnia pierwszego. A na pewno najbardziej energetyczne. Tu mosh pity i pogo osiągnęły apogeum, aż momentami robiło się lekko nieprzyjemnie czy nie skończy się jakąś tragedią. Nie skończyło, otrzymaliśmy za to rapowego Energetyka. Taki rap pokochałem. Bonusowe punktu za koszulkę piłkarską Roberta Lewandowskiego, chłop zrobił research. Tylko 20 minut, ale przy takiej intensywności w zupełności starczyło.
Lil Skies – tu znów zmęczenie dało się we znaki i pierwszą połowę koncertu pominęliśmy. I to był błąd, ponieważ Lil Skies idealnie nadawał się na chill – i nie jest to diss. Po prostu, nazwijmy to, delikatniejsze oblicze newschoolu. Ale wciąż świetne.
Rae Sremmurd – być może najbardziej popowy koncert. Na pewno laik taki jak ja miał tu więcej punktów zaczepienia – a tu sampel z Eminema (a właściwie z „Thank You” Dido), a tu na warsztat wzięli hit stworzony wspólnie z French Montaną, tj. „Unforgettable”. Sporo efektów, świetny kontakt z publiką, jednym słowem – profeska.
Yeat – na początku się zdziwiłem że to on, a nie bardziej jednak popularni Rae Sremmurd zamykają Day 1. Koncert szybko mnie jednak wyjaśnił. Energia Sheck Wesa plus jebane misterium rodem z Wardruny czy innych szatanów. Że nie jest to aż takie odległe skojarzenie świadczyły wizualizacje, pełne diabelskiej symboliki. Mistrzostwo.
Eem Triplin – czyli otwarcie dnia drugiego. Trudno być mi tu w pełni obiektywnym, bo chłopak z Sony i też miałem przy okazji przyjemność poznać osobiście. Ale dziś przestudiowałem wydaną w piątek EPkę „STILL PRETTY” i trochę żałuję, że dopiero po koncercie to zrobiłem. Całkiem udana rzecz i znając ten repertuar o wiele lepiej odebrałbym koncert. I tak było jednak spoko.
Bktherula – panią Coi Leray zastąpiła inna pani. Czy podobnie jak z F1lthym była to zmiana na lepsze? Pewnie dla niektórych tak, mnie nie porwała. Zresztą ten drugi dzień festiwalu ogólnie mnie mniej porwał. No ale jedźmy dalej.
Jeleel! – dla mnie najlepszy koncert dnia drugiego, a na pewno czarny koń festiwalu. Nie jest dziwne, że typ buja się z Dannym Brownem – widać że wariatów ciągnie do siebie. „Wariactwo” Jeleela! polega na tym, że typ jest dojebanym dzikiem i się tego nie wstydzi. Salto w powietrzu skacząc z głośników? Podnoszenie fanów jak ciężarów na siłce? Stage diving z piruetami w powietrzu? Wszystko to, plus zajebista muza. Spokojnie widziałbym typa wyżej w lineupie, gdyby większość ludzi kumała taką jazdę.
$not – dla mnie jedyny słuszny Snot to ten z Lynn Straitem na wokalu… a tak serio – spoko, doceniam profeskę, ale w takim zestawie trzeba było trochę więcej by się wybić.
NLE Choppa – trochę w sumie podobna uwaga co do $nota. Mega dobry koncert, ale trochę więcej oczekiwałem na takiej wysokości line upu. Malik Montana nie wskoczył na wspólny utwór, mimo że był tego dnia na Stadionie Legii.
JID – znów trzeba było zregenerować siły. I znów popełniłem błąd że akurat na tym koncercie. Zapachniało starą szkołą – raz że chłopak nie robił pół minutowych medley’ów i dał utworom wybrzmieć. Dwa, nawijał wszystko sam, co w koncercie pozostałych koncertów MOCNO wspartych ścieżkami z taśm należy docenić.
Kodak Black – ja rozumiem że ktoś może być nie w formie, byłem na takich koncertach. Bywa, że artysta decyduje się mocno w wersji koncertowej odejść od tego co słuchacze znają z płyt – bywało i tak. Ale co w sytuacji kiedy artysta wychodzi totalnie zbakany i ledwo kontaktuje, przez co całą robotę robi DJ? Powiedzmy sobie szczerze – na pewno są takie alternatywne rzeczywistości, w pełni prawilne, gdzie za takie traktowanie fanów przychodzących na koncert spuszcza się srogi wpierdol. Można było się pośmiać, ale w gruncie rzeczy było to smutne i żałosne, kiedy jesteś gwiazdą festiwalu i odcinają ci prąd.
Lil Uzi Vert – Gwiazda Festiwalu. Patrząc przez pryzmat komercyjnych osiągnięć i tego, ile osób przyszło konkretnie na niego – nie ma co dyskutować. Dla mnie jednak Yeat dzień wcześniej trochę za wysoko zawiesił poprzeczkę. Choć wciąż był to świetny koncert, tyle że też dość długo rozkręcający się. Być może decydowało zmęczenie, być może ludzie wciąż w szoku byli co odpierdolił Kodak Black. A może za daleko od sceny byłem. Miałem jednak wrażenie że dopiero końcówka koncertu naprawdę rozpaliła ludzi, w czym pomogły też sztuczne, nomen omen, ognie. No i cover „Chop Suey!” nie wyszedł tak źle jak na albumie, chociaż jeśli jakimś cudem na festiwal zawędrowali redaktorzy „Teraz Rocka” to dobrze, że organizatorzy postarali się o kordon karetek.
Clout Festivalu, dzięki że jesteś, mam nadzieję że widzimy się za rok!
najlepszy moment: za dużo by wymienić
ocena:
Summer Alone – 6,25/10
Thouxanbanfauni- 6/10
F1lthy – 7/10
Sheck Wes – 8/10
Lil Skies – 7/10
Rae Sremmurd – 7,25/10
Yeat – 8,5/10
Eem Triplin – 6,25/10
Bktherula – 6/10
Jeleel! -7,5/10
$not – 6,75/10
NLE Choppa – ,6,75/10
JID – 7,25/10
Kodak Black – 1/10
Lil Uzi Vert – 7,75/10