rageman.pl
Muzyka

Harry Styles

gdzie: PGE Narodowy, Warszawa

kto: Harry Styles

 

Kiedy relacjonowałem pierwszy koncert Harry’ego Stylesa w Polsce – który odbył się niemal równo rok temu – pokusiłem się o refleksję, że za studenckich, rockmetalowych czasów nie do pomyślenia dla mnie byłoby uczestnictwo w takim evencie. A tu proszę – drugi koncert i mam głęboką nadzieję, że nie ostatni. Bo chłopak jest, krótko rzecz ujmując, wybitny – i to on, a nie The Weeknd (jak oznajmiłem w relacji z koncertu Beyonce), zasługuje na miano aktualnego Króla Popu. Ale powiem nawet więcej – mając w pamięci pochodzenie Stylesa śmiem twierdzić, że ma on zadatki by być dla początku XXI wieku tym, kim byli The Beatles w minionej dekadzie.

Koncert, tak jak poprzedni, odbył się w ramach tej samej trasy, tj. Love On Tour, więc wielkich zmian w setliście nie było. Wprawdzie całość zaczęła się tym razem „Daydreaming”, a nie „Music For A Sushi Restaurant” (który w moim mniemaniu jednak lepiej się sprawdzał jako koncertowy opener), ale już potem, ta jak rok temu, poleciała hitowa wiązanka „Golden” i „Adore You”. Inne kluczowe różnice? Z setlisty wyleciał singlowy, świetny „Lights Up”. Ale doszedł za to przepiękny track tytułowy z tego samego albumu, czyli „Fine Line”, który kończył set właściwy. Poza obowiązkowym coverem pierwszego hitu One Direction, czyli „What Makes You Beautiful”, doszedł także nie tak oczywisty „Stockholm Syndrome”. I być może najciekawsza zmiana – na bis wybrzmiał niepublikowany na żadnym oficjalnym wydawnictwie „Medicine”. Mogłoby się wydawać, że granie utworu o takim statusie to koncertowe samobójstwo, zwłaszcza na bis. A tymczasem to był najbardziej wyczekiwany… wróć, najbardziej wykrzykiwany i wypiskiwany przez fanki utwór!

A poza tym bez zmian. Tzn. reakcje fanów… fanek na najwyższym, tj. najintensywniejszym poziomie. Do teraz mi piszczy w uszach. Harry i jego prezencja wciąż bezbłędna. Może to tylko kreacja, ale jeśli tak to śmiem twierdzić że idealna, bo trafia zarówno do nastolatek jak i starych pryków mojego pokroju. Chociaż nie jest to dla mnie czynnik decydujący w ocenie koncertu to muszę przyznać, że po minimalistycznych raczej kontaktach Red Hotów i Beyonce z publiką było to niezwykle pozytywne widzieć, jak HS się rozgaduje, jak dopytuje o treść tabliczek trzymanych przez poszczególne fanki. Jasne, rok temu też śpiewane było „Happy Birthday” więc można powiedzieć że to już wykalkulowany element show, ale jednak to też była pewna magia koncertowej chwili – której nie znajdziesz na albumie i po którą się przychodzi na takie koncerty.

Show? W porównaniu z bombastycznym spektaklem Bey to co proponuje Harry na koncertach wydaje się wręcz skandalicznie skromne. Bliskie temu, co pokazali RHCP – a mówimy tu przecież o Gwieździe Pop, a nie rockowych dziadach. Owszem, w Tauron Arenie było podobnie, niemniej mogło się wydawać że okoliczności stadionowe zachęcą do większej efektowności. Nic z tego – scena, telebimy, nawet wybiegu brak („skandal!”, krzyknął ktoś). Czy komukolwiek to przeszkadzało? Nie odnotowałem. Ktoś powie że lenistwo, bo handicap w postaci tak fanatycznej fanbazy pozwala na wszystko, włącznie z puszczeniem koncertu z taśmy i występ sobowtóra. Zajawkowicze ekonomii może oskarżą inflację… Ja zaś śmiem twierdzić, że po tym właśnie można poznać Artystę – przekonanego o wartości swojej twórczości i tym że obroni się ona sama. I się obroniła. Nawet mając tak potężnego przeciwnika jak akustyka Stadionu Narodowego – ale o ten aspekt już nawet szkoda strzępić ryja, choć nie jest bez wpływu na ocenę końcową.

Czy obecny etap kariery Stylesa to jeszcze „Help!” czy już „Strawberry Fields Forever”? Nie wiem, ale jestem przekonany że (artystycznie) najlepsze jeszcze przed nim. Także koncertowo – mimo wszystko mam nadzieje że jak już gra na tych stadionach, to może wpadnie na to jak kreatywnie wykorzystać ich możliwości. Może lekkie spytki u Bey?

(o supportujących Wet Leg się nie wypowiadam – trochę ten koncert obejrzałem jednym uchem, ponadto tu niestety w moim mniemaniu „akustyka” Narodowego wygrała przez nokaut; mam nadzieję że będzie jeszcze okazja, bo studyjnie dziewczyny prezentują się godnie)

 

najlepszy moment: już ponad rok po premierze stwierdzam, że „As It Was” to absolutny top w dyskografii, jak również w setliście; mniej oczywisty wybór – „Matilda” oraz „Fine Line”

ocena: 8,75/10

Leave a Reply