Metal Hammer Festival 2023
kto: Pantera, Hatebreed, Crowbar, Illusion, Flapjack
Rokrocznie przy Spotifajowym podsumowaniu roku (aka Wrapped) zauważam, że metal stanowi coraz mniejszy procent słuchanej przeze mnie muzyki. I nie to abym był kiedykolwiek fanatykiem tego gatunku (czy też kultury), ale jednak sporo tego, w mniej lub bardziej (aka NU) nowoczesnych odmianach, miałem na kolejno kasetach, cedekach, a potem mp3 playerach. Co się stało się? Chyba inny stan umysłu, inne potrzeby, ale też inne oczekiwania – bo nawet jeśli już odpuściłem sobie wyszukiwanie dźwięków przełomowych i rewolucyjnych, to też niespecjalnie widzi mi się dłużej siedzieć w skansenie muzycznym, jakim jest nie tyle metal, co rock ogólnie.
Ale też w kontekście powyższego sympatycznie jest co jakiś czas skonfrontować się jednak z tym „ostrym graniem”, szczególnie w wersji na żywo. Cały czas realizując jakiś czas temu rozpoczęty program „spieszę się oglądać muzycznych bohaterów okresu nastoletniego, bo tak szybko odchodzą”, mocno wyczekiwałem nowej edycji Metal Hammer Festivalu (to ta mniej twardogłowa wersja Metalmanii, podczas której dotychczas wystąpił m.in. Tool czy Korn), na której miałem w końcu zobaczyć po raz pierwszy Deftones. Pierwotnie zaplanowana na czerwiec 2020, z wiadomych względów przekładana była przez dwa lata, aż w końcu panowie z Sacramento stwierdzili, że Polska jest za blisko terenów wojny, więc nie przyjadą wcale, nie szukajcie dla nas nowego terminu. #najgorzej. Ale nie ma złego – bo w międzyczasie żyjący członkowie Pantery uznali, że znów objadą świat pod legendarnym (a co być może najważniejsze, wciąż mocno dochodowym) szyldem. I w tych planach uwzględnili Polskę!
Zanim przejdziemy do dania głównego, pochylmy się nad tym co działo się wcześniej. Poza wymianą Deftones na Panterę, Metal Mind postanowił także przenieść fest z nierozerwalnie związanego z tą firmą katowickiego Spodka do Atlas Areny, w o wiele bardziej logistycznie mi przyjaznej Łodzi. Można było więc spokojnie bez marnowania dnia urlopowego zajechać jeszcze o porze popołudniowej na miejsce. Raczej świadomie odpuściłem sobie dwa pierwsze, bodajże polskie supporty. Może w innych okolicznościach bym sprawdził, mając jednak w perspektywie 6-godzinny maraton muzyczny i prawie 40 lat na karku, trzeba było mierzyć siły na zamiary. Nie omieszkałem jednak poczynić za to pewnych obserwacji hm kulturowo-socjologicznych. Nawet nie znając line-upu eventu, patrząc na ludzi pod areną (i w środku) nie można było mieć wątpliwości – jest to metal. Ba, nawet strefa gastro była w stu procentach metalowa – browary i grill (mięsny, by nie było wątpliwości), warzywom i owocom w jakiejkolwiek formie wstęp wzbroniony. Naprawdę nie jestem fanem stereotypów, ale ta publika sama się w ten stereotyp pcha. I wiecie co? Jest to wspaniałe. W kontekście zajmowania się światem popu i rapu (choć granicy między tymi dwoma nie ma już praktycznie żadnej) od poniedziałku do piątku, było to turbo odświeżające być wśród ludzi mających absolutnie wyjebane w jakikolwiek swag, flex, lans, stylówki i inne bzdury. Tu nie ma noszenia t-shirtów metalowych bo mają fajne loga i okładki, tu się nosi koszulki kapel bo one znaczą całe życie. To co jednak już bardziej smuci niż cieszy to to, że widać raczej było, że takie podejście – czy też ogólnie zajawka kulturą metalu – to jest raczej domena osób 30 czy 40+. Niestety nie był to case podobny do mającego miejsce niedawno w Stanach Sick New World Festivalu, gdzie pomimo line-upu będącego jednym wielkim numetalowym revivalem spora część publiki była młodsza niż debiutancki album Linkin Park. Zresztą statystyki Spotify nie kłamią – młodzież ma w poważaniu metal i kilka jaskółek w katanach z „telewizorami” wiosny nie czyni.
Przejdźmy w końcu do muzyki. Flapjack… cóż, Pantera to nie był jedyny tego wieczoru zespół, którego aktualna działalność może budzić wątpliwości natury moralnej. Nawet gdybym nie miał sposobności kiedykolwiek poznać osobiście Guzika, widząc w jego medialnych wypowiedziach frustrację wynikającą ze stagnacji obozu Flapjack nie potrafię cieszyć się z tego, że chłopaki nie tylko przypomnieli sobie o tym zespole, ale nagle wszystko ruszyło z kopyta – w tym nawet nagrywanie nowego albumu. Jest to, mocno eufemistycznie rzecz ujmując, dość nie fair wobec Grzegorza i jego pamięci. Żadne słowne, graficzne „tribute’y” podczas koncertów tego nie zmienią. I o ile dokooptowanie do składu Hau z Dynamind wydaje się całkiem logicznym posunięciem (bo miał on już okazję udzielać się wokalnie na albumach Flapjacka) tak zastąpienie Guzika wokalistą zespołu którego jedynym sensownym (?) osiągnięciem był cover „Ice Ice Baby” w telewizyjnym show jest jakimś smutnym żartem (pomijam to, że autor oryginału sam zaproponował wersję numetalową tego klasyka, znacznie wcześniej i jakieś 10000000 razy lepiej niż zespół Hope – co, biorąc pod uwagę jak poważanym artystą jest Vanilla Ice, wiele mówi o tym zespole). Wiem że nie jest łatwo wejść w buty takiej osobowości jak Guzik, ale widać że panowie z Flapa poddali się już na starcie. Tyle dygresji… ale czy to był zły koncert? Uczciwie muszę zaprzeczyć. Bo za muzykę wciąż odpowiada trzon oryginalnego składu, który nie zapomniał jak się gra. Jakich by debilizmów o patriarchacie czy wojnie na Ukrainie nie głosił Litza, to wciąż jedna z najlepszych łap do grania metalowych riffów w Polsce. Oczywiście setlistę stanowiły utwory niemal wyłącznie z dwóch pierwszych albumów – panowie wciąż nie są świadomi geniuszu dzieła jakie sami popełnili (chociaż by nie było – za czasów Guzika też niespecjalnie forsowali materiał z „Juicy Planet Earth”), chyba nie dziwić też może brak tracków z raczej przeoczonego jedynego (na razie) albumu po reunionie.
Jakby komuś było polskiego rockmetalu lat 90-tych, w kolejce czekał Illusion (gdyby organizatorzy dołożyli do lineupu Acid Drinkers, to niechybnie otworzyliby czasoprzestrzenną dziurę). I tu też raczej będą niewesołe wnioski, choć ze zgoła innych niż przy Flapjacku powodów. Bo niby wszystko się zgadzało, był oryginalny (i nigdy zresztą nie zmieniany) skład, była setlista nie trzymająca się kurczowo przeszłości, ale też uwzględniająca rzeczy nagrane po reunionie. Fan Illusion nie mógłby wyjść niezadowolony. I przez wiele lat takim fanem byłem. Ale już pierwszy koncert po reaktywacji zagrany lata temu w gdańskiej Ergo Arenie uświadomił mi, że chyba z tej relacji się wyautowałem. Nie chcę używać słowa „wyrosłem” – nie chcę obrażać Lipy i spółki sugerując że ich muzyka jest dla ludzi mniej dojrzałych. Ale twierdzę, że Lipali, które przez lata traktowałem jako wypełniacz pustki po Illusion, to był projekt z o wiele większym potencjałem niż aktualne Illusion. I fakt, że dosłownie kilka dni temu Lipa w jednym z wywiadów ogłosił koniec Lipali ze względu na brak zainteresowania słuchaczy, pokazuje w jak smutnym kurwa kraju żyjemy, i to nie tylko ze względu na politykę (swoją drogą, bonusowe punkty za wplecenie „hasła ośmiu gwiazdek” do wykonu „Vendetty” tego wieczoru).
O Crowbar wiele nie napiszę – niestety jest to jeden z tych zespołów, które szanuję za całokształt, ale jednocześnie zupełnie do mnie nie trafiają. Może w innych okolicznościach bym się skupił, posłuchał, może zachwycił. W poniedziałek czułem, że muszę podładować baterię przed kolejnymi koncertami. A wybitnie przymulający sludge metal Kirka Windsteina niespecjalnie w tym pomaga. Nie to abym nie obejrzał koncertu – ale był to focus mniej więcej na poziomie uczestniczenia w służbowym callu w piątek o 16.30. Sorry chłopaki, może następnym razem.
Co innego Hatebreed – ooooo, tego potrzebowałem! Pionierzy metalizowanego hardcore’a wystąpili z anturażem godnym bezpośredniego supportu – oglądało się to świetnie. Przede wszystkim słuchało się świetnie! Energia aż rozrywała ten koncert, a także samego Jamey Jastę. Widać że chłopak na stare lata ewidentnie zluzował, to nie jest groźny nabuzowany chłopaczyna z przełomu wieków. Uśmiech, szczera radość, a nawet zachęcania do klaskania i machania łapami. No i machaliśmy tymi łapami jak na festiwalu w Opolu, do wspaniałych przebojów hardkorowej piosenki takich jak „Destroy Everything”, „Smash Your Enemies” i oczywiście „I Will Be Heard”, po którym już nie było co zbierać. W innych okolicznościach – koncert wieczoru!
Ale ten tytuł był już przyznany na długo przed poniedziałkowym wieczorem. Wystarczyło „tylko” udowodnić że zasłużenie. I powiem tak – dali radę! A nawet więcej – było tu wszystko czego oczekiwałem i czego potrzebowałem. Włącznie ze wcale nie tak oczywistym w tej emocjonalnej palecie wzruszeniem – bo kiedy w ramach intra dajesz światła układające się w kontury nieodżałowanych Braci na wielkiej płachcie z logiem Pantery, a w tle przygrywa „In Heaven” z twojego ukochanego dzieła Lyncha, to wiedz że taka mikstura może rozsadzić zbiorniki z łzami w ciele. Spada ta płachta i widzisz, że Bracia będą stale tu obecni nie tylko za sprawą muzyki ich autorstwa, ale też wizualnie – na bębnach Charlie Benantego (Anthrax), na tshirtach muzyków, ale też na naszywkach na ciuchach Zakka Wylde’a, chyba najbardziej godnego zastępstwa za Dimebaga. „Tych dwóch” pozostałych, czyli Rex Brown i Phil Anselmo, niczym przyozdabiać się nie musieli – samo to że byli i nie spierdolili sprawy było wystarczającym hołdem.
A tak serio – naprawdę zaskoczył mnie Głos Pantery. Bo przecież Anselmo już kilka lat temu z jednym ze swoich miliardowych składów był już w Polsce ogrywać klasyki Pantery i dało się tu i ówdzie przeczytać, że to już nie to, że ciszej nad tą trumną. A tymczasem tu wyciągał wszystko już od pierwszego „A New Level” i chyba nie za sprawą backing tracków. No, niemal wszystko – paradoks polega na tym, że na starość panowie śpiewacy zazwyczaj wolą uderzać w spokojne, nie forsujących strun głosowych wokale. A tu odwrotnie – kiedy trzeba było się wydrzeć, Phil darł się tak że włosy na karku stawały. Ale już w zwrotkowych, nastrojowych partiach „This Love” coś niedomagało – może nie tak, by robić facepalma, ale jednak. Szanuję że sięgnęli po przepiękny w ich, znanej z „Far Beyond Driven” wersji „Planet Caravan” Sabbathów, bo zakładam że przeciętny fan Pantery wolałby zamiast tego jeszcze więcej czadu – ale tu już ewidentnie przeszarżowali z aranżacją, zwłaszcza jeśli chodzi o dotychczas raczej wiernego oryginalbym partiom gitarowym Zakka. Ale to nieważne, tu najważniejsze były wizualizacje -a konkretnie archiwalne materiały z braćmi Abbott. Komu nie poleciała łza w tym momencie (ewentualnie podczas odgrywanego z taśmy „Cemetary Gates”, także z VHSowimi wizualizacjami) ma kamień zamiast serca.
No dobra, ale na Panterę nie przychodzi się dla ballad. Tu ma być wygrzew i ogień piekielny. I był. Dla udowodnienia parę tytułów z setlisty: „Fucking Hostile”, „I’m Broken”, „Becoming”, „War Nerve” (odegrany dopiero trzeci raz podczas tej reunionowej trasy), no i „Walk” (tu na wokale wskoczyli gościnnie panowie z Crowbar). Ewidentnie postawili na materiały z „Vulgar Display of Power” i „Far Beyond Driven” – co trochę mnie, jako fana „The Great Southern Trendkill” zasmuciło. O ile nawet nie śmiałem marzyć o odegraniu kawałka tytułowego, w opinii niżej podpisanego jednego z najlepszych metalowych tracków ever, to już singlowe „Drag The Waters” wydawało się bardziej realne. Podobnie jak „Revolution Is My Name” – z ostatniego albumu Pantery dostaliśmy tylko „Yesterday Don’t Mean Shit” zagrane na sam bis. A z „Cowboys From Hell” tylko utwor tytułowy, na zakończenie setu właściwego – „Domination” z tego albumu, którego wersja live mogłaby zastępować elektrownie, zdecydowanie zasługuje na odegranie w całości, a nie w ramach medley’u.
Zaraz, czy ja właśnie narzekam na Koncert Roku? Może Bracia nie daliby zgody, wręcz zablokowaliby ten reunion. Ale fakt jest taki, że otrzymaliśmy Panterę w najlepszej wersji jaka mogłaby aktualnie być możliwa.
najlepszy moment: 5 MINUTES ALONE
ocena:
Pantera – 9,25/10
Hatebreed – 8,25/10
Crowbar – 6,5/10
Illusion – 7/10
Flapjack – 7,25/10
