GoGo Penguin
kto: GoGo Penguin
Logicznym byłoby zdać na gorąco relację z koncertu Pantery. Wciąż jednak zbieram zęby z podłogi po wczoraj, więc będzie o zgoła innym wydarzeniu – zarówno jeśli chodzi o gatunkowość, jak i emocje wywołane.
Nie będę ściemniał, że jestem jakimś ekspertem w temacie twórczości brytyjskiego tria, o którym będzie tu mowa – odkryłem stosunkowo niedawno za sprawą Pracodawcy i wciąż de facto odkrywam. Wybaczcie zatem że nie będę szastał nazwami tracków – możecie zresztą sprawdzić sobie setlistę o tutaj.
Nie będę też mówił o aspektach show – bo żadnego show praktycznie nie było. Trzech kolesi na klubowej scenie i ich instrumenty, jedyną ekstrawagancją była całkiem przyzwoita praca świateł, układających się na tyle sceny w kształty mogące robić za wizualizację. Nie będzie też komentarza do światopoglądu frontmana – basista, odpowiedzialny za komunikację z publiką, ograniczał się praktycznie do podziękowań i zapowiedzi kolejnych utworów.
Była tylko Muzyka. A właściwie AŻ. Z jazzem mam tak, że na dłuższą metę nie mogę się odnaleźć w tym braku repetytywności, trochę chyba za głupi na to jestem, a nie pomaga też zabieganie i coraz mniejsze możliwości skupienia się. Co innego koncert, na którym w pełni można się skupić, a dodatkowo sama obserwacja muzyków współgrających z sobą, prowadzących dialog za pomocą instrumentów jest jakością samą w sobie. A jeśli jeszcze dodatkowo mówimy o melodykach, którzy nie wstydzą się grać ładne dźwięki, to ja jestem totalnie kupiony. I GoGo Penguin właśnie tak mnie kupili. Melodie wychodziły głównie po lewej stronie sceny, gdzie stacjonował pianista/klawiszowiec, ale i sekcja rytmiczna (wspomniany basista obsługiwał głównie kontrabas, ale sięgał też i po gitarę basową) nie grała niczego, co mogłoby oburzyć purystów. Bo no właśnie – nawet jeśli pingwiny nie są konserwami jazzowymi i można wyczuć u nich inspiracje innymi gatunkami, to ani razu nie przekraczało to granicy jazzrockowego kiczu i pompy. Raczej głównie obracaliśmy się w krainie łagodności, a jeśli muzyka nabierała na intensywności, to wciąż pozostawała w jazzowych ryzach. Inna sprawa, że brak gitary elektrycznej raczej pozbawiał tego ryzyka.
Jeśli będą znów w Polsce to wybierzcie się na nich.
najlepszy moment: PARASITE
ocena: 8/10
