Eagles – Long Road Out Of Eden
rok wydania: 2007
wydawca: Eagles Recording Co. II
witajcie dzieci. wyciagajcie zeszyciki i notujcie. temat lekcji: Eagles.
Orly to jest taki zespol, ktorzy na pewno kojarza wasi rodzice. moze i wy tez slyszeliscie taki numer jak „Hotel California”. jest taka szansa, ze kojarzycie te nuty. no i wlasnie glownie dzieki temu utworowi Orly staly sie najlepiej sprzedajacym sie zespolem w historii amerykanskiej fonografii. rzadzili i dzielili przez lata 70te, by sie rozpasc w 1980 roku. ale chlopaki postanowili powrocic w ’94 roku. studyjna plyte nagrali jednak dopiero rok temu. i byla to pierwsza ich studyjna od… 28 lat. chyba rekord, co nie?
jak juz siekneli albumem, to od razu dwuplytowym. imponujaca. niestety czesciej w takich sytuacjach jest tak, ze taki urodzaj utworow swiadczy bardziej o nieumiejetnosci selekcji numerow na plyte niz nadzwyczajnej inwencji tworczej. nie inaczej jest w przypadku tego wydawnictwa. moglaby z tego byc naprawde niezla jedna plytka. ba, nawet jest tu jedna niezla plytka. konkretnie ta druga. na dodatek zaskakujaca, poniewaz Eagles chyba nigdy nie brzmieli tak experymentalnie. czasem to juz nawet traci przedrostek soft i zostaje kawal niezlego rockowego grania.
otwierajacy drugie CD utwor nazywa sie tak jak cala plyta i mozna rzec, ze to najwazniejszy jej fragment. 10 minut, kapitalna aranzacja, w tle jakis orientalny posmak, solowka, marszowa perkusja na koniec… no i tekst dotyczacy wojny. niby nic nie jest powiedziane wprost, ale mozna przypuszczac, ze Orly nie popieraja Busha w jego dzialaniach zagranicznych. dalej nie jest wcale gorzej. „Somebody” to sympatyczny rocker, taki idealny do jazdy samochodem,jeden z lepszych przykladow na to, ze Eagles to eksperci w laczeniu gitar akustycznych i elektrycznych. „frail grasp on the big picture” ma wrecz funkowe kopniecie. „Last good time in town” autorstwa Joe Walsha to dowod na to, ze Eagles nie sama spolka autorska henley/frey stoi. rytmiczny aspekt tego utwooru to naprawde niesamowita sprawa. moznaby zreszta jeszcze pare siwetniejszych utworow tej drugiej plyty wymienic. jedynym ewidentnym kiksem jest „I love to watch a woman dance”. taki ubozszy balladowy McCartney.
niestety jest jeszcze pierwsza plyta… okej, granie Eagles to zawsze byl poprock. ale nagrywanie tak fajansiarskich numerow jak „What do I do with my heart”, „I don’t want to hear anymore” czy „No more cloudy days” powinno grozic jakims paragrafem. okej, ja tez lubie piosenki o milosci, ale ja wstydzilbym sie zaspiewac tak frajerskie, zniewiesciale piosenki. brzmia one jak odrzuty z sesji nagraniowych backstreet boys czy westlife. zreszta nie tylko do ballad mozna sie przyczepic. nie rozumiem, czemu majac tak ciekawe i przede wszystkim przebojowe utwory jak „somebody” zdecydowali sie promowac album takim koszmarkiem jak „Busy being faboulous”. drugi singiel „how long” to zas aranzacyjnie lzejszy bon jovi. niby wpada w ucho, ale… na dopelnienie tragedii mamy jeszcze „fast company”, ktory brzmi jakby starsi panowie chcieli nagrac numer pod justina timberlake’a. moze mialo byc smiesznie, niestety absolutnie nie wyszlo. jedyny fajny fragment tej plyty to „waiting in the weeds”. byc moze, paradoksalnie, to najfajniejszy utwor calego albumu. wprawdzie refren nachalnie sie kojarzy z „all good things (come to an end)” Nelly Furtado, jednak jest to jak najbardziej sympatyczne skojarzenie.
no i problem. bo o ile druga czesc albumu za swa przebojowosc i innowacyjnosc (w kontekscie tworczosci Orlow ofkors) zasluguje conajmniej na siodemkowa ocene i miano niezlego comebacku, tak pierwsza plyta, pomijajac „Waiting…”, to dno, siedem metrow mulu i rejony zerowe. ale krzywda byloby z tego wyliczac srednia, wiec niech bedzie koniec koncow:
najlepszy moment: WAITING IN THE WEEDS
ocena: 6/10