rageman.pl
Muzyka

Pink Floyd – A Momentary Lapse Of Reason

rok wydania: 1987

wydawca: Pink Floyd Music Limited

 

nastepca „The Final Cut” powstal juz w zupelnie innych okolicznosciach. nie ma juz w skladzie PF rogera watersa. i chociaz pan ten wraz z odejsciem swym postanowil rozwiazac zespol, reszta zespolu po kilku latach przerwy postanowila kontynuowac dzialalnosc pod stara nazwa. i bardzo dobrze.

przede wszystkim lubie w tej plycie to, ze jest ona symbolem zwyciestwa. cieszy to, ze panowie gilmour i spolka potrafili sprzeciwstawic sie megalomanowi, egocentrykowi i dyktatorowi Watersowi, ktory zaczal w pewnym momencie stawiac znak rownosci miedzy wlasna osoba i nazwa pink floyd. cieszy to, ze kolesie potrafili sie podniesc po tym, jak ich waters zgnoil i doprowadzil na skraj wyczerpania psychicznego. nie trzeba byc pinkfloydofilem by sobie wyobrazic jak to moglo wygladac. wystarczy poczytac jakikolwiek wywiad (okej, ze starych lat – ostatnio facet sie uspokoil) z watersem sprzed lat – zobaczyc ile w tym kolesiu bylo zolci, zalu i zgryzliwosci. zdecydowanie nie poszedlbym z tym typem na piwo.

gwoli sprawiedliwosci jednak – ten album mial byc pierwotnie solowym albumem gilmoura. i to slychac. bo nie ma wielu roznic miedzy „AMLOR” a takim „About Face”. podobna przestrzen, produkcyjna sztucznosc lat osiemdziesiatych, syntezatory, programowana gdzieniegdzie perkusja.jedyna roznica, choc znaczaca, w jakosci. zdecydowanie jest to najlepszy album, ktorego autorem w glownej mierze jest david gilmour. a to, ze graja tu nick mason i rick wright (choc ten drugi na zasadzie muzyka sesyjnego – chlopak po przygodzie z „The Wall” totalnie zdystansowal sie do nazwy PF…) tylko podnosi rzecz na wartosci. przyznam sie szczerze – dla mnie jest to zdecydowanie bardziej pink floydowy album niz „The final cut” (abstahujac od samej roznicy w przyjemnosci odsluchu). i chociaz wielu dyskredytowalo te wersje zespolu za polecienie w totalna pompe i patos, to zdecydowanie mniej mi tu brakuje Watersa niz Gilmoura na „The Final Cut”.

a same piosenki? singlowy „Learning to fly” to zdecydowanie najlepsza rzecz ery postwatersowej. wszystko to za co uwielbia sie gilmoura tutaj jest – rozmarzony, wrecz basniowy glos, GENIALNY motyw gitary pchajacy utwor do przodu, przestrzen, duch… zwazywszy na tytul, mozna uzyc slowa Odlot. „The dogs of war”, pomimo iz sprawia wrazenie napisanego pod tych fanow, ktorzy polubili antywojenny „The Final Cut”, moze sie podobac. zwlaszcza struktura kompozycji mile sie kojarzy z „Money. „On The Turning Away” to zas jakby zapowiedz „High Hopes”. cudna sprawa.

mi sie ta plyta bardziej podoba niz „Division Bell”. choc nie ukrywam, ze aspekt z drugiego akapity ma wplyw na ocene.

 

najlepszy moment: LEARNING TO FLY

ocena: 8/10

Leave a Reply