Pink Floyd – The Wall
rok wydania: 1979
wydawca: Pink Floyd Limited
dzisiaj zmarl Jan Machulski, aktor znany z Kilerow, Vabank i jeszcze paru filmow, a przy okazji ojciec Juliusza Machulskieg, rezysera. niniejsza notka bedzie zas o plycie Pink Floyd, zatytulowanej „The Wall”. jaki zwiazek maja te dwa fakty? absolutnie zaden. ale jakos trzeba bylo zaczac.
wiec w ’79 roku bylo juz w obozie PF bardzo zle. dominacja Watersa, Wright wyrzucony z zespolu po nagraniu sciany, nieustanne walki Watersa z Gilmourem. wiadomo jednak, ze w trudnych warunkach powstaja arcydziela. The Wall tego przykladem.
„The Wall” to ulubiony zespol rockmanow. wiecie, takich tru-die-hardkor-fanow rocka, zaczytanych w Teraz Rocku i bluzgajacych na mtv i wszystko co lekkie, latwe i popowe. tacy ludzie potrzebuja Rocka, buntu, walki z systemem. w tym koncekscie latwo zbluzgac The Wall jako album nieznosnie patetyczny, bombastyczny, wielki z samego zalozenia. ale nie do konca to bedzie fair. bo ten album naprawde robi mega wrazenie.
jak kazdy wie, „The Wall” to concept album. historia w calosci wymyslona przez Rogera Watersa (jak pamietamy z poprzednich zajec, basista ten zaprezentowal reszcie zespolu dwa pomyslu na album, z czego odrzucony ewoluowal pozniej w pierwszy solowy album RW) przedstawia losy Pinka. gwiazda rocka, ktory na wskutek zjebanego dziecinstwa (ojciec polegly na wojnie, nadopiekuncza matka, presja nauczycieli w szkole) i nieudanego malzenstwa postanawia sie calkowicie odizolowac sie od swiata. czyli otoczyc sie tytulowa sciana. oczywiscie nie doslownie. no bez bicia trzeba przyznac, ze do dzis pomysl jawi sie calkiem oryginalnie. i jak juz w sumie nigdy pozniej w karierze watersa, jego realizacja okazala sie rownie udana.
problem z ta plyta moze byc taki, ze ciezko ja rozpatrywacjako album muzyczny. kluczem do przyswojenia Sciany jest to (przynajmniej tak bylo w moim przypadku), by nie oczekiwac odlotow typu „Echoes”, rokendrolow pokroju „Money”, gilmourowskich solowek i jego anielskiego glosu, klawiszowych solowek wrighta… slowem, mozna sprobowac zapomniec o kontekscie zwanym „plyta zespolu muzycznego Pink Floyd”. sluchowisko, o! to juz bardziej. sluchowisko jedyne w swoim rodzaju, wciagajace jak diabli, a przy okazji oferujace sporo intrygujacych dzwiekow i nawet bonusowo pare kapitalnych piosenek.
najwazniejszy na pierwszej z plyt jest bez watpienia trzyczesciowy „Another Brick In The Wall”. druga czesc, wiadomo – klasyka. chor dzieciecy, buntowniczw wymowa calosci i subiektywnie jedna z najlepszych linii bassowych, dla ktorych w ogole zaczalem grac na tym instrumencie. „Goodbye blue sky” – jedna z piekniejszych (yep, to adekwatne slowo) piosenek antywojennych. „Comfortably Numb”, jeden z nielicznych numerow tutaj piosenek, gdzie Pink Floyd znow jest zespolem, znow kazdy element tej ukladanki jest rownie wazny. efekt – jeden z najcudowniejszych numerow tegoz ansamblu. robiacy jeszcze wieksze wrazenie gdy zrozumie sie kontekst, w jakim zostal on tutaj osadzony. „Run Like Hall” to zas bomba energetyczna, ktora mozna stawiac obok „Money”.
przyznam szczerze ze jeszcze jakis czas temu ten album mnie nudzil. dopiero niedawno lyknalem w czym rzecz. i chociaz ten album bardziej jest do przezywania niz do sluchania (co go rozni np od „Ciemnej strony ksiezyca”, ktory nadaje sie do obu czynnosci), to bez watpienia jest to dzielo ktore zasluguje na przedrostek arcy-. w dobry czas ten album trafil do mnie. chec zbudowania Sciany czasem wydaje sie jedynym logicznym rozwiazaniem.
najlepszy moment: COMFORTABLY NUMB
ocena: 9/10