Don Henley – The End Of The Innocence
rok wydania: 1989
wydawca: Geffen
z okazji premiery nowej plyty Guns N’ Roses dzis bedzie o… Donie Henley’u. ee? ano tak, z dwoch powodow. po pierwsze, mialem okazje uslyszec Chinska Demokracje jakis czas temu i no niesttey nie jest to plyta z ktora chcialbym sie zetknac jeszcze raz, nie mowiac juz o tym by cos o niej pisac. a po drugie, omawiana dzis plytka ma troche wspolnego z GNR. ale o tym za chwile.
wracamy wiec na chwile jeszcze do tematu Eagles. jak pamietamy, liderem tej kapeli jest Don Henley. w przyrodzie nic nie ginie, wiec skoro kapela sie rozpadla w latach osiemdziesiatych, to tak tworczy koles musial popelnic pare plyt. i popelnil, z calkiem komercyjnie udanym rezultatem. ale czy tez artystycznie?
tutaj mowimy o jego naj plycie, zarowno komercyjnie jak i teoretycznie artystycznie. Rolling Stone odnotowal to wydawnictwo na swej liscie 500 najlepszych plyt w historii muzyki. okej, w skali Don Henley’a, ba, w skali Eagles to rzeczywiscie moze byc najlepsza plyta. ale…
rzecz w tym, ze solowo niespecjalnie Henley odszedl od tego co robil z Orlami. jest produkcyjny i aranzacyjny wypas. wiadomo, gwiazdy rocka (nawet poprocka) przy krotszych lub dluzszych solowych skokach w bok lubia otaczac sie wielkimi lub mniejszymi nazwiskami. „zobacz, jakich mam znajomych”. troszke tutaj ich Henley uzbieral. mamy wszedobylskich paicha i jeffa porcaro z toto, muzykow toma pettyego, whitesnake, sam Bruce Horsnby zawital tez w studiu… rowniez wokalistow Doniu nie byle jakich uzbieral. jesli za chorki na twej plycie odpowiadaja takie persony jak take 6, edie brickell, melissa etheridge czy sheryl crow tu musisz czuc sie Bossem. no i wlasnie jeszcze sam Axl Rose dolozyl swe 3 grosze wokalne w najbardziej rockowym tutaj utworze „I will not go quietly”.
no wlasnie. rzecz w tym ze tego rocka w dzwiekach lub ideologii tu jak na lekarstwo. wszyscy graja tutaj w sluzbie Przyjemniactwa, ocierajacego sie czasem o Banal. czyli bardziej poziom Phila Collinsa niz Petera Gabriela. niby i takie plyty musza powstawac, zreszta nie wiem czy mozna bylo po Henleyu sie czegos innego spodziewac.
gdyby np bylo jednoczesnie tak przyjemnie i intrygujaco jak w najlepszym tutaj i w dorobku Henley’a w ogole „New York Minute”. kawalek omawialismy przy okazji „Hell Freezes Over”, bo Eagles postanowili wlaczyc go do swego koncertowego repertuaru. podniosle klawiszowe intro (Paich), kapitalna magiczna trabka no i refren z jednym z najcudniejszych „uuuu” jakie w zyciu slyszalem. no i fajny tekst o New Yorku. tym bardziej warte odnotowania, bo tekstowo to Henley niespecjalnie daje sobie rade.
od biedy mozna zapisac po stronie bardziej udanych numerow singlowe „The Heart Of The Matter” i tytulowy. dla wielbicieli przyjemnego grania i aranzacyjnego wypas. no i dla fanatykow Axla Rose’a.
najlepszy moment: NEW YORK MINUTE
ocena: 6,5/10