rageman.pl
Muzyka

George Ezra

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: George Ezra, Passenger

 

Teoretycznie gatunki muzyczne płci nie mają (albo i mieć nie powinny), ale w mojej prywatnej kategoryzacji muzyki jest osobna nisza pt. „smutni panowie z gitarą (ew. fortepianem)”. I przyznam szczerze ostatnio namnożyło się ich tylu, że z trudem ich odróżniam – za wyjątkiem tych z najbardziej irytującymi hitami, jak James Blake („jor bjutifuuuuul”) czy Hozier („tejk mi to czeeeercz” – ale tak obiektywnie to jest niezły utwór, tylko kompletnie mi swego czasu wszystkie radiostacje go obrzydziły). Nie chodzi o to że to zła muzyka – ale ta formuła jest tak wybitnie charakterystyczna i sprecyzowana, że rzadko kiedy obcuję z nią z własnej woli. Jak ktoś puści na posiadówie czy poleci z jakiejś playlisty typu „zimowy chill” to ok, ale żeby samemu to raczej nigdy.

Tak się złożyło że jednego wieczoru na warszawskim Torwarze wystąpiło dwóch reprezentantów „gatunku”, przy czym jeden z nich stanowi niemal jego definicję, drugi zaś tą definicją się bawi i robi z nią co chce.

Pierwszy wystąpił Passenger, choć według materiałów promocyjnych koncertu miał tego wieczoru status gościa specjalnego. Patrząc na liczby na platformach muzycznych i społecznościowych – da się to zrozumieć (11M na Spotify, 3M na Facebooku – zresztą 3-krotnie więcej niż Gwiazda Wieczoru). Ale też jak to mawiają – według statystyk ty i twój pies macie po 3 nogi. I trochę tak jest z Panem Passengerem, który cały swój sukces zawdzięcza wydanemu już 11 lat temu, debiutanckiemu singlowi „Let Her Go”. Przez to zapewne nieraz wylądował w rankingach tzw. one hit wonderów. Ale nie dalej jak kilka dni temu u jednego z moich ulubionych YouTuberów muzycznych obejrzałem materiał niejako broniący artystów spod tego szyldu. Bo też są różne typy OHW – beztalencia którym przebój trafił się jak ślepej kurze ziarno i kurczowo się tego hitu trzymają (Norbi, patrzę na Ciebie), ale też są i tacy Artyści, którzy temu jednemu hitowi mają finansowe zaplecze by nagrywać dokładnie to co chcą i być w pełni Artystami, a nie produktem majorsów. I tak słuchając wczoraj Passengera myślałem sobie, że raczej bliżej mu do drugiej kategorii. Owszem, kiedy gra się cały koncert oparty wyłącznie na wokalu i gitarze akustycznej istnieje ryzyko, że wszystkie piosenki zleją się w jedno – a mimo to było słychać, że pozostała twórczość Passengera to nie jest próba stworzenia „Let Her Go 2”, a utwory o własnych charakterze i palecie emocji. Słychać zresztą, że chłopak ma dystans do siebie i swojej kariery, już niemal na wstępie uprzedzając że nie tylko zagra ten utwór, ale też ostrzegając tych którzy oczekują usłyszeć wiadomy hit z filmu „Frozen” (myślałem że jest to przesada bo jednak trochę te tytuły się różnią, ale moja Monika uświadomiła mi że niekoniecznie 🙂 ). Ale więcej niż humoru było w nim, wydaje się, autentycznego wzruszenia za sprawą całkiem entuzjastycznego przyjęcia. Kto wie, może jakaś część osób przyszła na Torwar właśnie na niego. W tym kontekście jedyny minus przypisałbym za cover „Sound of Silence” – bynajmniej nie aby źle wykonany, ale to wybór tak oklepany, że aż powinien być karalny – spokojnie mógł zamiast tego zagrać jeszcze jedną autorską rzecz.

Zanim przejdziemy do występu George’a Ezry, to trochę Wam o nim opowiem – bo nie każdy(a) czytelnik_czka tego poczytnego bloga znać go musi. A w kontekście wywodu o one hit wonderach jest to całkiem ciekawy KEJS. Bo tak się złożyło że już jego drugi singiel „Budapest” zapewnił mu rozgłos i czołowe miejsca na listach przebojów całego świata. Całkiem dobrze pamiętam ten moment, bo mniej więcej wtedy też zaczęła się moja przygoda z Sony Music, wydawcą Ezry od samego początku kariery. Lata mijały, a po sympatycznym Grześku słuch zaginął. I kiedy po trzech latach zaczęło się singlowanie nowego albumu, werdykt zapadł niemal bezdyskusyjny – sukcesu „Budapest” nie przebijemy. A tymczasem na trzeci singiel wyciągnięto z (skądinąd całkiem niezłego i lepszego niż „Wanted On Voyage”) niepozorny utwór o nazwie „Shotgun” i świat oszalał, certyfikaty sprzedaży jeszcze lepsze niż numeru o stolicy Węgier. Cztery lata później (swoją drogą wyszedł trochę leniuszek z naszego Grześka – pomyśleć że cała kariera The Doors przebiegła w takie cztery lata) wychodzi „Gold Rush Kid” – który może tak przebojowy nie jest (chociaż „Green Green Grass” był całkiem blisko – może dlatego, że chyba ąż trochę zbyt bliski klimatem „Shotguna”), ale jako całość to zdecydowanie najlepszy album GE i jeden z moich faworytów 2022 roku. Także widzicie, łatka One Hit Wondera jest spokojnie do oderwania.

Inna sprawa, że może tego dokonać mając nie tylko talent, ale też i charyzmę. Przyznam, że o ile koncertowa weryfikacja pierwszego czynnika mnie nie zaskoczyła (bo ten talent doskonale słychać na albumach), to drugiego już trochę tak. Owszem, już na klipach widać było że o żadnym zahukanym chłopcu w wyciągniętym swetrze tu nie mówimy, ale nie takie cuda na klipach robiono i to jeszcze na długo przed pojawieniem się AI. A tymczasem okazało się, że chłopak rządzi całym bandem (a mówimy o składzie bliskim tuzina) i publiką jakby był w trasie dłużej niż Bon Dylan. Czego tam na scenie nie było – dęciaki, fortepiany, solówki perkusyjne (aż w trakcie jednej z nich chciałem wygooglać czy Ezra nie zaciągnął chłopaka z jakiegoś metalowego składu, takie miał chłopak uderzenie), w trakcie jednego z utworów (bodajże „Blame It On Me”, ale nie chcę skłamać) wjechał klimat rodem z karnawału w Rio. A najlepsze że to wszystko bez wizualizacji (ekrany po bokach pokazywały tylko ujęcia ze sceny i publiki, momentami tylko puszczone przez czarnobiały filtr, a przy „Gold Rush Kid” nałożono na ekran ramkę z pomarańczami), bez konfetti i innych dupereli, bez wybiegu i wchodzenia w publikę. Nawet bez większego przymilania się publiczności i zagadywania w lokalnym języku. Za to z bardzo dobrze wyważonym klimatem – mogło się wydawać że najlepszy George to George niemal imprezowy, jak w „Shotgunie” (oczywiście odegranym, na samiutki koniec koncertu) czy „Green Green Grass” (rzecz jasna też obecny). A tymczasem chłopak ma w arsenale takie ballady że serce ściska, jak moje ukochane „Hold My Girl” czy niemal gospelowo natchnione „In The Morning”. Proporcje między reprezentantami albumów też niemal idealne- z singli chyba zabrakło tylko „Listen to the Man” (polecam, zwłaszcza z klipem z udziałem Magneto) i „Don’t Matter Now” (być może zadecydowały złe skojarzenia – singiel który miał być wielkim comebackiem okazał się totalnym falstartem, przynajmniej pod względem sprzedaży).

Świetny koncert, nie mam pojęcia co mógłbym mu zarzucić.

 

najlepszy moment: „Hold My Girl” czy „Shotgun” to dość oczywiste typy, mnie jednak zaskoczył „Dance All Over Me” – zapomniałem jak świetny to utwór

ocena: 9/10

Leave a Reply