Bring Me The Horizon
kto: Bring Me The Horizon, A Day To Remember
Pierwszy duży (w domyśle – zagraniczna gwiazda na obiekcie typu arena lub większym) za nami. I przyznam bez bicia, poprzeczka została na tyle wysoko, że o ile nie będzie niespodzianek w koncertowym rozkładzie jazdy na 2023 rok to prawdopodobnie wspomnę o tym wydarzeniu w przyszłorocznej rekapitulacji.
I przyznam, że jest to dla mnie niespodzianka sama w sobie, w kontekście moich dotychczasowych relacji z Bring Me The Horizon, które, wzorem fejsbukowych definicji, określiłbym mianem „to skomplikowane”. Niespecjalnie wzbudzili moje zainteresowanie kiedy debiutowali w połowie pierwszej dekady 21 wieku, bo wychodziłem wtedy z zauroczenia nu-metalem i niespecjalnie mi się widziało wskakiwać w nowy ciężkogitarowy trend w postaci metalcore’a (z drobnymi wyjątkami jak Caliban i ewentualnie Killswitch Engage). Inna sprawa, że ten metalcore w wykonaniu sympatycznych brytoli niespecjalnie się wyróżniał z tłumu. I przypuszczam że nikt, kto był na pierwszym koncercie BMTH w Polsce w 2007 roku, kiedy grali wśród podobnych do siebie hord dla core’owych zapaleńców (tak było, nie zmyślam) nie pomyślałby, że za 15 lat będą grać po arenach jako headlinerzy i podbijać listy sprzedaży. Zapewne o wiele trudniej byłoby im to osiągnąć gdyby nie kontrakt z Sony Music, w którym pojawili się niewiele przede mną. Jak się okazało w trakcie mojej pracy w wytwórni fonograficznej, każdego wykonawcę można wywindować na szczyty popularności, wystarczy odpowiednia strategia marketingowa. A BMTH mieli tak szczegółowo ją rozpisaną, z kilkoma albumami naprzód, z targetami i benchmarkami typu Linkin Park czy Foo Fighters, że z miejsca – mając wtedy jeszcze w sobie sporo z idealisty – uznałem ich za selloutów, niegodnych nazywać się metalowym zespołem. A mimo to nasz pierwszy „wspólny” album – „That’s The Spirit” był prawdopodobnie jednym z najczęściej przeze mnie słuchanych w 2015 roku, i bynajmniej nie z zawodowego obowiązku. Wprawdzie wydany 4 lata później „amo” już tak udany nie był, ale wydana rok później EPka „Post Human: Survival Horror” totalnie kazała mi zrewidować opinię o tym zespole. Że być może to nie wielki majors wykorzystał niewinną, ale łasą na fejm i pieniądze kapelę by trafić do wcześniej niedostępnych targetów słuchaczy, ale to zespół wykorzystał majorsa i jego budżety, by osiągnąć artystyczne cele o które byłoby im trudno w ciasnej, core’owej niszy. Bo sprowadzanie „nowego” BMTH do ułagodzonego brzmienia byłoby sporą niesprawiedliwością. Owszem, mają popowe refreny. Ale mają też bardzo rozsądne wykorzystanie elektroniki, brzmienia prawdziwej orkiestry, producenta w postaci autora soundtracku do „Dooma” i featuringi wszystkich, od Eda Sheerana, poprzez Grimes, a na Cradle Of Filth kończąc. Jeśli to nie jest artystyczna wolność to nie wiem co nią jest.
No i mają też solidną produkcję koncertową. Ale zanim o tym się przekonała publika w Gliwicach, najpierw ścieżki przecierały trzy zespoły. Ja zdążyłem na ostatni z supportów (pozdro PKP i jebać was po wsze czasy), A Day To Remember. Zdawałoby się, że w dobie błyskawicznych łączy internetowych, gdzie dostęp do każdego tworu artystycznego – filmu, muzyki, serialu – jest praktycznie taki sam pod każdą szerokością geograficzną, dysproporcje w popularności raczej już nie występują. A tu proszę – patrząc na liczbę fanów na FB wydawałoby się że mówimy o podobnym poziomie popularności, ale rzeczywistość pokazała że ADTR to mały miki który nawet nie jest „gościem specjalnym” koncertu a zwyczajnym supportem. Być może wyglądałoby to zgoła inaczej na koncercie w USA, skąd zespół pochodzi. Ale tu, w Europie, rządzi BMTH. I być może przemawia przeze mnie europejski gust, ale ten występ w Gliwicach idealnie pokazał czemu tak się sprawy mają. Owszem, ma swój urok ta mieszanina posthardcore’a z pop punkiem – panowie nie mają większych problemów z płynnym przechodzeniem od breakdownów do melodyjnego śpiewania i słychać, że w koncertowym busie na zmianę katują Hatebreed z Blink-182. A jednak nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by kiedykolwiek nagrali coś, co zdobyłoby uznanie poza ich bańką muzyczną. Ale kto wie, jak słowo się rzekło – na BMTH też półtora dekady temu mało kto stawiał.
A teraz postawiła na nich prawie wyprzedana gliwicka arena, wypełniona w równym stopniu fan(k)ami k-popu, emo nastolatkami i kolesiami w koszulkach Burzum i Slayera. I wszyscy bawiący się w równym stopniu, czy to napierdalając pogo czy po prostu klaszcząc i machając rękoma. Serio, nie pamiętam kiedy byłem na tak zróżnicowanym pod względem publiki koncercie. Ale z tym zróżnicowaniem też korespondowało co działo się na scenie. Chociaż nawet nie – bo serio nie spodziewałbym się, że panowie zagrają z taką mocą, z takim CZADEM. Tu naprawdę nikt nie przykręcał głośności, by nie zranić nastoletnich fanów dla których to być może pierwszy kontakt z muzyką metalową na żywo. Jestem przekonany, że ilość breakdownów, krzyku i growlu na wokalu była niewiele mniejsza niż podczas tych pierwszych partyzanckich koncertów dla maniaków deathcore’a i pochodnych. Co jest o tyle ciekawe, że w setliście nie było ani jednego utworu sprzed mainstreamowego debiutu w Sony, tj. „Sempiternal”. Była za to najliczniejsza reprezentacja wspomnianej, genialnej EPki „Post Human”, hity z „That’s The Spirit” oraz klasyki ze wspomnianego „Sempiternal”, a w bonusie świeżynki singlowe w postaci „Die4U” i „Strangers” i tylko jeden utwór z „amo” (może panowie sami doszli do wniosku, że tam był o jeden eksperyment za daleko?). O tyle ciekaw byłem wykonów utworów z „Post Human”, jako że w połowie utworów występują tam goście. O ile z partiami Yungbluda zapewne Oliver Sykes by sobie poradził, to z japońskim popiskiwaniem Babymetalu w „Kingslayer” mogłoby być ciężej. Cóż, oba problemy rozwiązała taśma. Swoją drogą, szkoda że nie pokusili się o mój absolutnie ulubiony „1×1” z tego wydawnictwa… ale dostałem za to „Follow You”, jeden z piękniejszych utworów – nie boję się tego powiedzieć – jaki słyszałem w ostatnich latach. To był de facto jedyny moment akustycznego, sing-alongowego wyciszenia.
Przepotężny muzycznie, a przy tym idealnie zbalansowany koncert. Niby bez natłoku efektów, a jednak wizualizacje – utrzymane w postapokaliptycznej estetyce ostatnich wydawnictw – w pełni robiły robotę. Niby bez przymilania się do publiki, a jednak Oliver doskonale wiedział w jakim punkcie Europy się znajduje i nie obyło się bez kilku, brzmiących bardzo od serca dedykacji dla Ukrainy. Niby mainstreamowe show, ale ostatni raz taki cyklon mosh pitu widziałem na Slayerze. Niby zespół będący dla wielu obiektem beki, a jednak wyszedłem z koncertu zauroczony i już teraz na pewno nie dam o nich złego słowa powiedzieć. Jeśli takie zespoły mają wprowadzać w świat muzyki gitarowej, to jestem o nią spokojny.
najlepszy moment: FOLLOW YOU / KINGSLAYER
ocena: 9/10
