rageman.pl
Film

Nitram

rok: 2021

reżyseria: Justin Kurzel

 

Kończymy nasz Nowohoryzontowy (swoją drogą, sądziłem że uporam się z tematem w krótszym czasie niż 3 miesiące) cykl jednym z najmocniejszych akcentów festiwalu. Nawet jeśli niekoniecznie jakościowo – bo to kwestia gustu, a sam film zbiera skrajnie różne oceny – to na pewno pod względem „wagi tematycznej”. Wszak mowa o autentycznej masakrze, największej we współczesnych dziejach Australii. Pokazy „Nitram” były praktycznie zakazany w Tasmanii, aby tylko nie straumatyzować ponownie lokalnej społeczności – mimo że od opisywanych wydarzeń minęło już ćwierć wieku.

Oczywiście przy tego typu dziełach nie da się uniknąć dyskusji natury moralnej, czasem nawet ciekawszych od samego filmu. Czemu właściwie służy „Nitram”? Uhonorowaniu ofiar tragedii? Czy też jej kapitalizacji? Ku przestrodze? Polski plakat filmu (premiera według filmwebu w grudniu) zawiera dość kłopotliwe hasło „W każdym potworze kryje się człowiek” – oczywiście można interpretować je jako uświadamianie, że seryjni mordercy czy naziści to nie komiksowi przybysze z innego wymiaru, tylko istoty spośród nas. A co za tym idzie, zło z którym trzeba walczyć czai się tuż obok – w sąsiednim bloku czy po drugiej stronie kabla internetowego. Gorzej natomiast, jeśli ten tagline ma zachęcić do próby zrozumienia głównego bohatera i tego, co nim kierowało. Czy to zrozumienie pozwoli zapobiec takim masakrom w przyszłości? A może ukoi ból osób bezpośrednio dotkniętych tą tragedią? Tu, nie ukrywam, mam spore wątpliwości. A dochodzi jeszcze do tego dyskurs dotyczący posiadania broni i jej legalizacji. Spoilerem nie będzie jeśli powiem, że film kończy się informacją że w następstwie wydarzeń z Port Arthur rząd Australii wprowadził gruntowne (i rzecz jasna bardziej restrykcyjne) regulacje. Jako przeciwnik posiadania broni absolutnie uważam taki komunikat za przydatny, ale tez obiektywnie trudno rzeczywiście uznać to za subtelny przekaz.

Ale odkładając już kwestie etyczno-ideologiczne na bok – „Nitram” to kawał świetnie zrobionego kina. Tu nie trzeba znać historii by wiedzieć, czym może się ten film skończyć – tragedia nie tylko wisi w powietrzu, ale jest niemal namacalna i trudna do niezauważenia. Zapewne to siła autosugestii, ale jest w tym jakiś specyficzny chłód – nieporównywalny ani do kina europejskiego, ani też amerykańskiego. Jakość filmu to jednak przede wszystkim grającego główną rolę Caleba Landry Jonesa – od kiedy zobaczyłem chłopaka w revivalu „Twin Peaks” (niewielka rola, ale jednak wystarczająca) wiedziałem, że jest stworzony do roli odmieńców i niezrównoważonych psychicznie. Jego Nitram przyciąga uwagę, intryguje, ale zawsze trzyma widza na słuszny dystans, nie pozwalający na wywołanie choć cienia sympatii.

To nie jest tak, że każda tragedia w dziejach ludzkości od razu wymaga ekranizacji. Niemniej myślę że dobrze, że „Nitram” powstał.

 

najlepszy moment: wprawdzie to Caleb nosi film na swoich barkach, ale są momenty kiedy to Judy Davis w roli matki Nitrama kradnie show – nawet wtedy kiedy absolutnie nic nie mówi

ocena: 8,5/10