Psychocukier – Małpy Morskie
wydawca: Love Industry
czas na troszke wspolczesniejsze dzwieki, okej?
ostatnio duzo sie mowi o lodzkiej zalodze Psychocukra. niestety nie tyle z powodu premiery drugiego albumu „No more work” i jego zawartosci,co z powodu bloga, ktorego zespol postanowil z tej okazji zalozyc. blog, ktory w glownej mierze stanowi szydere z polskiego indie swiatka. niektorzy niestety (bez nazw i nazwisk) wykazali sie znikomym dystansem i postanowili sie poobrazac. coz, jako osobnik celujacy w humor absurdalny do granic zenady (wczorajsza impreza to byl chyba szczyt mozliwosci) zalapalem w lot o co saszy i spolce chodzi. lubie ludzi ktorzy maja jeszcze bardziej z dupy poczucie humoru ode mnie.
inna sprawa, ze kapela miala u mnie kredyt zaufania za muzyke. w notce dotyczacej singla „Orbison” niepochlebnie ciut sie wyrazilem o pelnowymiarowym debiucie Psychocukra. obiecalem w przyszlosci rozwinac temat. wiec oto nadejszla ta wiekopomna chwila. chociaz ostatnio znow dalem szanse tej plytce i efekt spotkania jest znacznie pozytywniejszy.
rzecz w tym, ze chyba za duzo sobie naobiecywalem po psychocukrowych koncertach, tym z Openera i z Negatywu sprzed 2 lat. i pewnie, to wciaz kapitalne melodie sa, ktore w koncertowej magmie wytwarzanej przez lodzka ekipe ciut gina, w studyjnych mozna wiec sie nimi rozkoszowac do woli. O „Orbisonie” juz mowilismy wczesniej. a jest juz jeszcze otwierajacy album, dancepunkowy „Ametyst 104”, rozpedzony stricte wrecz punkowy „Harry J.” czy spiewane po francusku „Syreny”. zreszta, o swietnosci tych piosenek swiadczy to, ze naprawde kazdy z 9 numerow moznaby tu wyroznic. tylko pol godziny materialu, wiec trzeba sie naprawde postarac, by sie zmeczyc sluchaniem tej plyty.
no wlasnie, wiec sa te kapitalne melodie. o stylistyce, tak dzwiekowej, jak i wizualnej, mowilismy juz poprzednio, ale przypomnijmy – trans, gitary, psycho, slodko, halasliwie, indie-srindi, psychocandy, sonic youth, kwas i wąsy. ja jestem na tak.
i tylko pojawia sie to glupie pytanie – czemu skoro jest tak dobrze, to jednak jest cos nie tak? czemu skoro palce w produkcji maczal sam marcin dymiter, to mam wrazenie, ze nie udalo sie uchwycic geniuszu tej zalogi? chociaz to sa ptania ktore jeszcze jakis czas temu sobie stawialem. plyta zyskuje na wawrtosci przy zalozeniu, ze po prostu nie da sie uchwycic scenicznej potegi (tak!) Psychocukra. trzeba isc na koncert i tyle. a czy plyta zacheca by pojsc na koncert? wierze ze absolutnie tak. i chyba to jest najwieksza wartosc tego materialu.
coz, chyba sprawdzianem okaze sie druga plyta, ktorej jeszcze nie mialem okazji przesluchac. w temacie „Małp morskich” jednak to bdzie nastepujaco – tytul polskiego najwiekszego debiutu 2007 dzierza niepodzielnie Muchy. jesli jednak odcedzic medialny hype i uwzglednic perspektywy na przyszlosc, to ja jednak stawiam na Psychocukra.
najlepszy moment: AMETYST 104
ocena: 7,5/10
