Blisko
reżyseria: Lukas Dhont
Nowe Horyzonty nie byłyby festiwalem wyczekiwanym co roku przez rzeszę kinomanów, gdyby ich magia ograniczała się tylko do listy filmów w programie. Jakkolwiek to banalnie nie zabrzmi – to także Ludzie, owi kinomani, biegający z jednego seansu do drugiego, komentujący na korytarzach dopiero co obejrzany film, nawiązujący kontakty z podobnymi sobie entuzjastami. I nawet kiedy zupełnie nie masz rozeznania w programie festiwalu, to wystarczy wtopić się w tłum festiwalowiczów, by rozeznać się co warto obejrzeć a co niekoniecznie. I w tej pierwszej kategorii zdecydowanie najczęściej padał tytuł „Blisko”. Oczywiście po części wynikało to z tego, że film był pokazywany w części głównej festiwalu, no i co najważniejsze – mowa o laureacie tegorocznego Grand Prix, drugiej najważniejszej nagrody na festiwalu w Cannes. Ale też dało się słyszeć takie hasła, że na pokazach tego filmu ludzie zalewają się łzami – a to już trochę mocniejsza rekomendacja niż nagroda na festiwalu, choćby nawet najważniejszym w swej kategorii. I kiedy organizatorzy NH zorganizowali naprędce dodatkowy seans filmu (bo na „normalne” pokazy bilety były wyprzedawane na pniu), nie zastanawialiśmy się długo.
Powiedzmy sobie wprost – poprzeczka oczekiwań była zawieszona BARDZO wysoko. I przez dłuższą chwilę po seansie, mimo że byłem cokolwiek poruszony, to miałem zarazem odczucie lekkiego rozczarowania, że nie byłem AŻ TAK poruszony i wzruszony jak oczekiwałem być. Może nie było wielce prawdopodobne, że zaleję salę kinową łzami (nie to żebym się tego wstydził czy nie chciał, po prostu chyba z założenia nie umiem tak reagować na fikcję ekranową), ale spodziewałem się że przynajmniej chusteczki pójdą w ruch. Tak się nie stało.
Tymczasem okazało się, że zareagowałem inaczej, w rzadziej spotykany u mnie sposób. Otóż myślę o tym filmie. Tak po prostu. Mija miesiąc, a wciąż wraca wspomnienie tego filmu, jak poczucie winy wracające do głównego bohatera, rezonuje we mnie. I nawet jeśli taki odbiór filmu nie musi implikować jego wybitności, to ja z coraz większym przekonaniem tak o nim myślę.
O czym jest ten film? O przyjaźni? Miłości? Stracie? O tym, jak bezwzględni potrafią być ludzie wobec tego, czego nie rozumieją – i to niezależnie od wieku? O tym wszystkim? Chciałbym tym razem oszczędzić sobie streszczania fabuły, bo plot twist wydarza się relatywnie wcześnie w filmie, a mimo to myślę, że większy efekt ma ten film kiedy ten plot twist nie jest znany. To może inaczej – komu poleciłbym ten film?
Hm, wszystkim?
Na pewno wszystkim tym, którzy tak jak ja brzydzą się cynizmem, nieustającą szyderą. Czy ten film bywa banalny? Tak, także momentami dość pretensjonalny. Ale takie właśnie też jest Życie, przeważnie banalne i pretensjonalne, dlatego niektórzy wolą uciekać przed nim właśnie w cynizm i szyderę. Ten film jest jak otwarte serce na dłoni – nie udający niczego, wyrzucający wszystkie emocje na stół. Pewnie niejeden co bardziej ogarnięty krytyk byłby w stanie przebić to serce obiektywnym, recenzenckim ostrzem na wylot, ale też mam odczucie, że takie podejście byłoby zwyczajnie nieuczciwe. Oczywiście mam świadomość istnienia zjawiska emocjonalnego szantażu, także w materii filmowej. Ale uważam, że w tym przypadku to nie ten KEJS. Ani przez moment nie czułem by ten film wysyłał komunikat typu a teraz sprawię że będziesz płakał. Wzruszający, piękny, ale też w tym wszystkim subtelny i delikatny. Znów banalnie rzecz ujmując, ale skoro już usankcjonowaliśmy banał – w pierwszej kolejności masz ochotę ten film przytulić, niekoniecznie od razu płakać razem z nim.
Przede wszystkim jednak poleciłbym go wszystkim rodzicom, także tym przyszłym. Nie ma nic bardziej ohydnego w życiu jak deprecjonowanie czyjejś tragedii i smutku, niezależnie z czego wynikającego. Przodują w tym rodzice nastolatków, bagatelizujących ich problemy. „Podrośniesz, zobaczysz co to są problemy”, to jest poziom „masz depresję? Idź pobiegać”. Nienawidzę oceniania czyichś emocji według własnej skali. Nawet jeśli istnieje Uniwersalna Miarka Smutków i Radości, to skurwysyństwem jest już samo jej używanie. I ten film jest także bardzo dobrym przykładem, do czego może prowadzić bagatelizowanie uczuć dzieci i nastolatków. W ich świecie każdy przeżywany dramat jest z kategorii tych największych i trzeba to zrozumieć, nie weryfikować. Może dzięki temu zmniejszy się wreszcie liczba samobójstw w tym przedziale wiekowym.
Ale też z drugiej strony wierzę, że każdy kto ma serce zamiast kamienia w tej historii zobaczy siebie sprzed lat, przypomni sobie jak każda kłótnia z przyjacielem była Małym Końcem Świata, jak bolało to kiedy z niezrozumiałego dla Ciebie powodu pewnego dnia nie usiadł z Tobą w ławce, jak nagle obrócił siebie i wszystkich dookoła przeciwko Tobie. Szczęśliwy ten, kto nie doświadczył tego typu okrucieństwa, czy jakiegokolwiek innego ze strony innych dzieci.
Jeśli kiedykolwiek powstałby kanon filmów obowiązkowych, który powinien obejrzeć każdy w ramach nauki Empatii i Bycia Człowiekiem, to „Blisko” jest jednym z moich najmocniejszych kandydatur.
najlepszy moment: –
ocena: 9,5/10 – na tę chwilę, ale nigdy na pewno nie poniżej 9/10
