rageman.pl
Muzyka

Orange Warsaw Festival 2019 (dzień pierwszy)

gdzie: Tor Wyścigów Konnych Służewiec, Warszawa

kto: Tyler, The Creator, Nas, Joey Bada$$, Szczyl

 

Nie za bardzo rozumiem jak to możliwe, że była to moja pierwsza wizyta na Orange Warsaw Festivalu. Bo owszem, można odnieść wrażenie że jest to bardziej lajtowa (czytaj – nastawiona na młodszego odbiorcę) wersja Open’era, ale i tak w 15-letniej już historii festu wystąpiło tam sporo wykonawców z kręgu moich boomerskich zainteresowań (Outkast, Incubus, Limp Bizkit, by wymienić tylko kilku). I w sumie gdyby nie to, że dla osób z mojego najbliższego otoczenia koncert Tylera, The Creatora to była sprawa życia i śmierci, to być może dalej bym czekał na swój Orange’owy debiut. Ale cieszę się że wreszcie zawitałem i mam nadzieję że to nie ostatni mój raz.

Nie będę się wygłupiał ocenianiem samego festiwalu jako całości, z jego organizacyjnymi aspektami itp. Ja wiem i Wy wiecie, że Alter Art robi to w Polsce najlepiej, nie umniejszając oczywiście innym organizatorom i agencjom parającym się tematem koncertów i festiwali. Dało się słyszeć głosy że tegoroczny line-up OWF nie był tak mocny jak we wcześniejszych latach, że to już nie to itp. Cóż, ciężko wchodzić w dyskusję z kimś, kto ostatnie dwa lata spędził pod kamieniem, nieświadom tego co dzieje się na świecie. Faktem jednak jest, że w tym roku różnorodność gatunkowa była odrobinę mniejsza, a w piątek otrzymaliśmy jednoznacznie rapowe święto. Co mi akurat absolutnie nie przeszkadzało.

Zacznijmy od przystawki. Chociaż zjedzona w połowie, bo trudno było się w piątek po pracy wyrobić równo na 17.00 na drugi koniec miasta, a też już po dotarciu trzeba było poogarniać różne tematy. Ale to co zobaczyłem z występu Joey Bada$$a wystarczyło mi by uznać jego występ za start z wysokiego C. Pyszne nowojorskie klimaty, gdzieś w pół drogi między truskulowym wajbem a progresywnością, lokującą Mr. Bada$$a w otoczeniu takich wariatów jak Danny Brown, Brockhampton czy gwiazda mająca wystąpić kilka godzin później na tej samej scenie. Osoby przyzwyczajone do bardziej tradycyjnej formuły koncertów mogły psioczyć na zbyt długie pogawędki (o ile schodzenie do publiki w celu zapalenia blanta można uznać za zapowiedź piosenk) w przerwach. Dla mnie składało się to w piękną wyluzowaną całość, idealną na koncert w pełnym czerwcowym słońcu.

Ktoś się zdziwi na tezę, że danie główne zaserwowano już o 19.00, ale ja tu nie będę nawet silił się na obiektywizm. I to pomimo tego, że już zdążyłem widzieć Nasa prawie dekadę temu na Open’erze. Chociaż w międzyczasie trochę muzyki zdążył Nasir ponagrywać, to sama formuła koncertu niespecjalnie się zmieniło – wciąż poza DJem skład koncertowy zasila perkusista, wciąż nowojorczyk preferuje medleyowe żonglowanie piosenkami. Paradoksalnie, chociaż ten koncert zawierał więcej nowych piosenek które nie są mi tak bliskie jak dokonania z pierwszej dekady Nasa, to koncert podobał mi się o wiele bardziej niż ten z 2013 roku. Może tu też pomogła pora koncertu? Dodatkowo w Gdyni na Nasa szedłem wprost z koncertu Queens Of The Stone Age, którzy potrafili w pełni wykorzystać możliwości jakie daje występ na głównej scenie w festiwalowym prime time. W piątek nie miałem ani chwili odczucia, że byłby to lepszy koncert na deskach klubowych. Było to co najważniejsze z „It Was Written” (chociaż na dobrą sprawę na tym albumie nie ma mniej ważnych piosenek), były hiciory z lat późniejszych („If I Ruled The World”, „Hate Me Now”), umiejętnie wplecione nowe rzeczy. Było „Cherry Wine” i Amy Winehouse na wizualizacjach. Była interakcja, było wszystko czego mógłbym oczekiwać od koncertu Pana Jonesa.

No ale dobra, nie powiem że dla mnie ten wieczór mógł już się skończyć. Bo przecież nawet jeśli nie jest się aż takim fanem Tyler, The Creatora to jego koncert wręcz wypada zobaczyć. Być może znalazłoby się kilku rap zawodników generujących większe streamy na Spotify. Ale jeśli istotność w rap grze mierzyć oryginalnością, impaktem na gatunek, to jest to jeden z tych rozdających karty. Dowód na to był widoczny nawet przed odegraniem pierwszej nuty – przyznam, że niemałą rozkminę miałem widząc te wszystkie rusztowania na scenie. Okazało się, że były one kluczowe w PERFORMENSIE jakim był ten koncert. Całość zaczęła się od wspięcia się Tylera na scenę – i to dosłownym, z tobołkiem na plecach (i nieodłączną od jakiegoś czasu czapą). I generalnie już z tej góry nie schodził, zmieniały się tylko wizualizacje za jego plecami, dzięki czemu raz byliśmy w mroźnych górach nocną porą, a raz na popołudniowym, wiosennym pagórku. Dodajmy do tego osobliwe ruchy sceniczne autora „IGORa”, podpatrzone zarówno od Johna Travolty jak i od paralityków.

A, właśnie, „IGOR”. Być może były wśród publiki osoby, które zwłaszcza niespecjalnie znając repertuar TTC oczekiwały większej ilości klimatów pokroju „EARFQUAKE”. I owszem, nie tylko przy odegraniu tego kawałka było lirycznie, nastrojowo, żeby nie powiedzieć romantycznie. Ja tam jednak zdecydowanie wolę jak mi Tyler daje wpierdol niż mizia i cieszę się, że to jego agresywne wydanie przeważało. I patrząc po reakcji pogującej (swoją drogą – kiedy rapowa młodzież przejęła zwyczaj pogo i wall of death?) młodzieży nie byłem w tym odosobniony. Oczywiście apogeum nastąpiło przy „NEW MAGIC WAND”, ale i przy „Who Dat Boy” czy „DEATHCAMP” było niezgorzej. Dosyć osobliwy był też sam kontakt Tylera z publiką – bo owszem, zagadywał, a nawet spropsował frytki w polskim McDonaldsie (?), ale robił to w tak mamroczący-pod-nosem sposób, że się człowiek zastanawiał czy on tak na serio czy to też element przedstawienia. Ale niech minusy – jeśli ktoś by przyznał minus za tę interakcję z publiką – nie przysłonią plusów, to był koncert o którym będzie się pamiętać.

A jeszcze pomiędzy jednym daniem głównym a drugim był deser w postaci występu Szczyla. Nie umiem specjalnie obiektywnie się tu wypowiedzieć, bo mam przyjemność w jakimś stopniu współpracować z tym chłopakiem, ale dość mocno nabity ludźmi namiot śpiewający ze Szczylem wszystkie piosenki może być jakimś wyznacznikiem poziomu tego występu. Dobrze, że po problemach zdrowotnych wrócił do formy, na pewno wsparcie hypemana (Frank Leen, który nawet odegrał przedpremierowo autorskie „Bombonierki”) też mu się przysłużyło w kontekście koncertowej prezentacji. Całości niestety nie widziałem, bo niestety występ pokrywał się z Tylerem. A jeszcze przed Szczylem a po Nasie na scenie głównej wystąpiła Charli XCX. Tu jednak odpadłem – bo będąc na festiwalu trzeba trochę „pofestiwalować” (czytaj- pogadać, napić się, opierdolić szamę, pozwiedzać, etc.). A i sam pop w tym autorskim wydaniu nie do końca do mnie trafił, zwłaszcza w tak przesiąkniętym rapem dniu.

Oby do zobaczenia za rok!

najlepszy moment: TYLER, THE CREATOR – NEW MAGIC WAND

ocena:

Tyler, The Creator – 9/10

Nas – 8,5/10

Joey Bada$$ – 7/10

Leave a Reply