rageman.pl
Film

Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun

rok: 2021

reżyseria: Wes Anderson

 

Tak się ciekawie złożyło, że w niemal tym samym momencie do polskich kin trafiły filmy dwóch Utalentowanych Panów Andersonów (bo jest jeszcze trzeci, Paul W.S. Anderson, który poza filmowa adaptacją Mortal Kombat tworzy od lat kolejne filmowe sequele „Resident Evil”). I choć poza ogromem talentu dzieli tych dwóch twórców wiele, akurat w ich najnowszych produkcjach dostrzegam pewne podobieństwo. Pokrótce – obie stanowią swoiste listy miłosne. „Licorice Pizza” do okresu dojrzewania w amerykańskich latach 70-tych. „Kurier Francuski” zaś oddaje hołd dziennikarstwu i drukowanym, zapadającym w zapomnienie drukowanym gazetom. I są to ody naprawdę piękne, na miejscu adresata czułbym się wzruszony. Ale niekoniecznie tak samo musi czuć osoba trzecia, zwana widzem.

Byśmy się źle nie zrozumieli – w żadnym wypadku „Kurier” nie jest artystyczną porażką, czy też średniakiem. Kto kupuje unikalny styl Andersona będzie się w tym świecie czuł jak w niebie. Jest tu wszystko co składa się na styl amerykańskiego reżysera, włącznie z jak zawsze niedorzecznie utalentowaną/celebrycką obsadą – i poza nowymi twarzami pokroju Benicio Del Toro czy Timothee Chamalet (czy ten chłopak w ogóle schodzi z planu zdjęciowego?), są to doskonale znane twarze: Bill Murray, Owen Wilson, Adrien Brody, Tilda Swinton, Eward Norton… no, można by długo wymieniać. Jako odbiorca wychowany na Lynchu nie mam też problemu z filmami, w których znacznie większy nacisk jest położony na formę niż na scenariusz i logikę w nim zawartą. Nie wiem czy Anderson, podobnie jak Lynch, myśli o swoich filmach jak o ruchomych obrazach, ale ewidentnie takie one wrażenie stwarzają. I dlatego się deklaruję jako fan jego twórczości i „Kurier” bynajmniej nic w tej kwestii nie zmieni.

Jednocześnie będąc uczciwym z samym sobą, nie umiem się tym filmem zachwycić tak jakbym sam tego chciał. Choć sam jestem pełen podziwu i uznania dla dziennikarskiej nacji (samemu, jak można chyba odnotować na tym blogu, mając niespełnione aspiracje w tym kierunku), zabrakło mi tym razem Postaci, mimo tego że na ekranie widzimy zarówno żurnalistów, jak i opisywanych przez nich bohaterów. A przecież nie na darmo Anderson angażuje tych wszystkich aktorów. A może te postacie są, tylko zaginęły gdzieś w tym całym przestylizowaniu? Chyba ten epitet najlepiej opisuje dla mnie „Kuriera” – przestylizowany. I być może gdyby powstał on 20, nawet 10 lat temu, byłbym absolutnie zachwycony. Ale jest to, jeśli dobrze liczę, dziesiąty film Andersona – przez co bardziej mu życzliwi sceptycy nowego filmu powiedzą że tym razem artysta przeszarżował, a ci mniej życzliwi oskarżą o autoparodię.

Wciąż – jest to film który warto obejrzeć. W kategorii aktualnej oferty kinowej mocny zawodnik. Ale już niekoniecznie tak mocny, jeśli zestawi się go z filmografią Andersona.

 

najlepszy moment: film ma strukturę antologiczną, więc wyróżniłbym segment „The Concrete Masterpiecie” z Del Toro i Brody’m, jako najbardziej wyważony

ocena: 8/10